Dziś rozpoczynają się mistrzostwa świata w piłce nożnej, a zatem należy się przyzwyczaić do tego, że przez najbliższe dni w każdym sklepie, na każdej półce, każdej ladzie czy regale w warzywniaku będziemy napotykali się na gadżety z naszymi reprezentantami. O ile urok turnieju również i mnie dotyka, o tyle na niektóre hasła już dziś patrzeć nie mogę. A do końca turnieju jeszcze daleko. Zdaniem wielu – miesiąc i jeden dzień.

Mówiąc najkrócej jak się da i od razu przechodząc do sedna – rzygam już pompowaniem balonika. Nie mogę słuchać, że znowu jedziemy po medal, że znowu mamy wielkie szanse. Że mamy w składzie Roberta Lewandowskiego i kilku Polaków grających we Włoszech. Że Adam Nawałka nad wszystkim czuwa, a PZPN jeszcze nigdy nie działał tak prężnie i tak dobrze, jak ma to miejsce obecnie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to może się udać. Że to musi się udać! Bo jak nie teraz, to kiedy? Przecież to ostatni turniej z kadrą dla większości z naszych piłkarzy.

I teraz przechodzę do praktyki. Pamiętam Euro 2016. Minęły dwa lata, trochę wody w rzece upłynęło. Wydźwięk tamtego turnieju dziś jest taki, że osiagnięliśmy naprawdę dobry rezultat. „Ćwierćfinalista mistrzostw Europy” – dumnie brzmi. Pamiętam jednak, że podczas turnieju we Francji gra naszej reprezentacji nie wyglądała dobrze. Irlandia – bez szału, Niemcy – remis, ale po fajnym spotkaniu, Ukraina – tak sobie, naprawdę tak sobie. Potem Szwajcaria – słabo, momentami nawet bardzo słabo i wygrane karne – loteria. Potem Portugalia – to widziałem akurat z perspektywy trybun. Dobre pierwsze 15, może 20 minut. Potem – naprawdę przeciętnie, momentami słabo. Karne – już bez szczęśliwego zakończenia. A to że pokonali nas późniejsi mistrzowie Europy – nie chcę mówić, że to szczęście, ale na pewno trochę opatrzności Bożej po stronie Ronaldo i jego kolegów, a samo rozstrzygnięcie było mimo wszystko niespodzianką.

Niespodzianką do tego stopnia, że w Rosji na Portugalczyków kompletnie nikt nie stawia. A to cały czas przecież mistrzowie Europy.

My jednak podczas samych spotkań na Euro i tuż po ich zakończeniu mieliśmy wrażenie, że nie wszystko wygląda tak, jak wyglądać powinno. Nie strzelał Lewandowski, Zieliński nie dorósł jeszcze wtedy do miana lidera w naszej drużynie. Dwa lata jednak, kolejne 24 miesiące spowodowały, że tamta przeciętność i momentami bylejakość była dobra i pomogła osiagnąć historyczny wynik.

A to przecież tylko pokonanie po karnych Szwajcarów. Z grupy wyszła nawet Irlandia Północna, o której dziś głośno mówimy, że jest słabym zespołem, mimo że wtedy była groźna i nieprzewidywalna.

Potem były eliminacje. Były wpadki (remis z Kazachstanem), szczęśliwe wygrane (z Armenią u siebie) i blamaże (0:4 z Danią). Ogólna opinia na temat poszczególnych spotkań eliminacyjnych była taka, że ta reprezentacja jest nieco słabsza niż była przed i podczas Euro. Idzie gorzej, niż miało to miejsce przed francuskim turniejem. Co prawda były spektakularne zwycięstwa jak te z Rumunią, ale już wyjazd do Kopenhagi przyniósł to, czego wiele osób się spodziewało. W końcu naszej drużynie przestało się udawać, przestało się zgrywać, przestał strzelać Lewandowski z wolnych czy karnych, a rywalowi wychodziło wszystko. Bramkarze nie bronili, gdy nikt od nich tego nie wymagał. 0:4 miało być lekcją pokory i znakiem, że w trudnych spotkaniach z mocnymi rywalami my cały czas nie jesteśmy faworytami.

Znowu – minęło kilka miesięcy, a my dalej mamy głowę w chmurach. Od końca eliminacji, które były dla nas szczęśliwe, ale średnie pod względem prezentowanego poziomu gry, rozegraliśmy kilka spotkań towarzyskich, z których udało się wygrać tylko raz – z Litwą. Reszta – Korea, Nigeria, Meksyk czy Urugwaj – można było doszukiwać się pozytywów, ale bez przesady – mimo wszystko pokazywało to, że mamy nad czym pracować. Jest jednak cały czas sporo osób, zwłaszcza uwielbiających naszą kadrę dziennikarzy, którzy non stop gadają, że po wyjściu z grupy trafimy na Anglię lub Belgię, a potem Brazylię lub Niemcy. Co gorsza – są również i tacy, którzy Anglię i Belgię pomijają i myślą już tylko o kolejnym rywalu. „Potem już wszystko może się wydarzyć” nie oznacza oczywiście, że „co będzie z Belgią, to będzie”. Zamysł tych słów jest taki, że po pokonaniu Brazylii stać nas nawet na wygranie turnieju.

Apeluję o pokorę. Tak jak Zbigniew Boniek, Adam Nawałka i Robert Lewandowski. Kubeł zimnej wody na głowę, przecież my jesteśmy naprawdę przeciętniakiem w skali światowej. Jak to mówił Boniek wielokrotnie – pewnie około 20. drużyną globu jeżeli chodzi o aktualną formę, dyspozycję i piłkarski potencjał. Trzy najważniejsze osoby w naszej piłce jeszcze mało wiele trzymają to w ryzach. Tonują nastroje, są sceptyczni, uważni w swoich osądach, trzymają rękę na pulsie. Reszta – jazda bez trzymanki. Trójkę Senegalowi, remisik z Kolumbią, piątkę Japonii i bój się, Anglio!

Był 2002 – blamaż, 2006 – kompromitacja. Potem nie było nas na mistrzostwach świata, ale graliśmy na Euro. 2008 – ponowna kompromitacja, 2012 – wstyd i żenada, 2016 – wyjście z grupy jako jeden z trzech zespołów, który usyskał promocję do fazy pucharowej, potem pokonanie po męczarniach Szwajcarii. Wygrane, choć nie do końca dobre eliminacje do mundialu w przeciętnej grupie, o czym dużo się mówi i sporo problemów naszych reprezentantów (Glik – zdrowie, Krychowiak – forma, Błaszczykowski – brak regularnej gry w klubie, Milik – kontuzje, Grosicki – średni zespół w 2. lidze angielskiej), a my cały czas pompujemy balonik z nadziejami na znakomity występ naszej kadry. Doczekaliśmy momentu, w którym wyjście z grupy i na tym etapie zakończenie turnieju przez drużynę, która ostatni raz na mistrzostwach świata była 12 lat temu będzie wielkim rozczarowaniem.

Zagrajmy fajnie, dobrze, pokażmy charakter, zaprezentujmy się godnie i wyjdźmy z grupy. Miejmy w sobie pokorę, realnie patrzmy na świat, bierzmy siły na zamiary i wystawmy oceny po turnieju. Nie dawajmy ponieść się emocjom po tym, co miało miejsce kilka dni temu, gdy pokonaliśmy półamatorów z Litwy w towarzyskiej kopaninie.

Gdybym patrzył na ostatnie dwa lata gry naszej kadry, to w Rosji przewidywałbym dwa punkty – remisy z Senegalem i Japonią oraz porażkę z Kolumbią. Nie chcę już więcej słuchać i czytać pochwalnych pieśni przed pierwszym kopnięciem piłki przez naszego reprezentanta.

 

KOMENTARZE