W końcu poczułem się jak kibic, w końcu przeżywałem emocje jak wszyscy ludzie, którzy raz na jakiś czas pojawiają na arenach sportowych. Nareszcie mogłem wzruszyć się podczas słuchania polskiego hymnu i denerwować się przed meczem, bo to był mój pierwszy raz. Finał Roland Garros był moim debiutem na spotkaniu tenisowym w roli widza.

Jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że trochę zazdroszczę ludziom, których jarają wielkie imprezy sportowe. Przebierają nogami nerwowo pod stołem na samą myśl, że za jakiś czas pojadą na stadion czy halę i będą oglądać popisy swoich idoli, którzy walczą o marzenia. Mi sport na żywo trochę spowszechniał – przez ostatnie kilka lat udało mi się być wiele razy na galach bokserskich i MMA, oglądałem z różnych stadionów mecze, więc mniej więcej wiem, z czym to wszystko się je. Jak cieszy zwycięstwo, co wiąże się z klęską. Jak bardzo nie smakuje piwo po przegranym ćwierćfinałe EURO Polski z Portugalią i jak boli porażka Michała Cieślaka z Lawrence Okolie widziana spod samego ringu.

Pomysł na to, aby pojechać na finał Roland Garros, pojawił się w mojej głowie we wtorek rano. Wtedy zobaczyłem zdjęcie mojego kolegi Tomka na Facebooku, na którym pochwalił się swoim widokiem na korty w Paryżu. Nigdy nie kręcił mnie Paryż, tenis lubię, od jakiegoś czasu nawet regularnie w niego grywam, ale też nie miałem ciśnienia, żeby lecieć gdzieś bardzo daleko, wydawać mnóstwo kasy, by zobaczyć na żywo mecz. Fakt, że duże szanse na wielki finał miała Iga Świątek, trochę mnie do tego napędzał, ale podejmować decyzję musiałem we wtorek. Dzień przed ćwierćfinałem i dwa dni przed potencjalnym półfinałem.

Zapytało mnie wiele osób, skąd zdobyłem bilety na finał. To nie jest taka prosta sprawa – w boksie czy w piłce te patenty mam połapane od bardzo dawna – wejście na finał Ligi Europy w Gdańsku, na EURO czy na walkę bokserską Joshua vs. Powietkin to nie jest formalność, ale jak się dobrze podzwoni i zapyta kogo trzeba, to momentalnie można dojść do ludzi, którzy są w stanie pomóc. W światku tenisowym nie znam zbyt wielu ludzi, więc polegałem na mniej lub bardziej wątpliwych stronach, które wejściówki sprzedają. Postanowiłem podjąć ryzyko i zaufać platformie Seatsnet.com. Cena była bardzo uczciwa, ale ich 770 lajków na Facebooku zaczęło mnie w pewnym momencie martwić. Fakt, że nie odbierali telefonów, nie odpisywali na maile i nie mogłem się do nich dobić na Livechacie również optymizmu w me serce nie wlewało.

Ale poleciałem. Wsiadłem do samolotu bez biletu na finał, ale z przygotowanymi opcjami zapasowymi, gdyby w razie moja stronka mnie wystawiła.

Lądując we Francji biletów jeszcze nie miałem, mimo że wcześniej otrzymałem maila, że o godzinie 20:00 będę miał już wejściówki u siebie na skrzynce. Koniec końców podróż z lotniska do mieszkania w Paryżu była nerwowa, ale ostatecznie dostałem bilety i wszystko się z nimi zgadzało. Wysłałem je do osób, które na French Open były kilkukrotnie – „to jest to, śmiało można z tym iść na obiekt”. Nie najlepsze opinie o Seatsnet.com były uzasadnione, ale finalnie wywiązali się ze swojego zadania.

Paryż nie kojarzył mi się nigdy najlepiej i w sumie nie wiem, czemu tak było. Po spędzonych tam 40 godzinach śmiało mogę powiedzieć, że klimat panujący w stolicy Francji idealnie pasował do tego, co zobaczyłem już na samym Garrosie. Szyk, podniosłość, wszystko ładne, no elegancja-Francja. Znam klimat meczów piłkarskich, wiem, jak wygląda to wszystko przed galą sportów walki. Idąc na sam finał czułem powagę wydarzenia – kultura tenisa to nie krzyki, przyśpiewki czy krzywe spojrzenia w wąskich uliczkach gości, którzy przesadzili z testosteronem. To spacer wśród ludzi w różnym wieku, zadbanie ubranych, smakoszy dyscypliny, którzy są z nią od lat. To ludzie z troszeczkę wyższej sfery, którzy swoim statusem majątkowym się nie obnoszą. Jeżeli mają kasę i jeżdżą super samochodami, to na pewno tego nie pokazują. Gdy kasy nie mają, to nie próbują pokazać wszystkim, że stać ich na wszystko i w żałosny sposób się nie popisują.

Wszedłem na teren obiektu, a tam… uczta. Ludzie oglądają mecze tenisistów na wózkach i seniorów, którzy rywalizowali na innych kortach. Na każdej z aren panuje ten sam klimat – cisza podczas serwisu, emocjonalne reagowanie na udane zagrania w trakcie trwania akcji i docenienie gromkimi brawami każdego zdobytego punktu. Wrzask po tym, jak na swoją lożę wszedł Rafael Nadal to coś, co bardzo mnie zaskoczyło. To bezwzględny król Paryża. Ludzie z całego świata przylecieli do stolicy Francji, by móc go zobaczyć choćby z daleka. To idol, który rozpala wyobraźnię zarówno 18-letniej dziewczyny, jak i dziadka, który pamięta wszystkie jego wielkoszlemowe zwycięstwa.

Jak wygląda beforek przed meczem piłki nożnej w Polsce? Najczęściej faceci w młodym i średnim wieku zalegają w pubach pijąc nalewane piwo lub szukają bezpiecznej miejscówki w plenerze, gdzie można szybko i sprawnie się zrobić.

Jak wygląda beforek przed galą bokserską lub galą MMA? Najczęściej napakowani kolesie ze swoimi zrobionymi niuńkami piją krótko i szybko sporo drogiego alkoholu, przyjeżdżają na halę w ostatniej chwili i starają się wejść na obiekt w taki sposób, aby jak najwięcej osób ich zauważyło.

Jak wygląda beforek przed Roland Garros? Ludzie piją winko i szampana, ubrani w eleganckie polóweczki i zwiewne sukienki. Do tego dobre jedzonko, rogalik i bagietka. Cisza, spokój, zero śpiewów i krzyków.

Co ciekawe, Coco Gauff miała podczas sobotniego finału większy doping niż Iga Świątek. Mimo że Amerykanka dosyć gładko przegrała ten mecz, to ja widzę w niej olbrzymi potencjał. 18-latka za jakiś czas będzie na topie i nie jestem przekonany, czy za jakiś czas nie będzie może nawet lepsza od naszej Igi. Wydaje mi się, że Amerykanie mogą widzieć w niej przyszłą mistrzynię, sama Świątek wspomniała, że w jej wieku tak dobra nie była. Coś czuję, że mierzące się po raz trzeci w karierze dziewczyny wielokrotnie ze sobą jeszcze będą grały. Niewykluczone, że będą to finały turniejów wielkoszlemowych.

Moim zdaniem Iga jest w Polsce bardzo popularna, ale to gwiazda światowa. Obok mnie siedział na trybunach kibic ze Słowacji, drugi pan był z USA. Obaj byli wytrawnymi fanami tenisa, którzy witali mnie hasłem #jazdaIga. Pewni kibice podeszli do mnie z zapytaniem, jak wymawia sie nazwisko naszej mistrzyni. „Świątek” oczywiscie stanowiło dla nich spory problem.

Cieszę się, że Iga wygrała, bo niestety najczęściej moje sportowe wyjazdy nie kończą się najlepiej – a to remis Barcelony z Romą, a to jej porażka z Ajaxem Amsterdam, wspomniana kilka akapitów wyżej przegrana Polski z Portugalią czy zwycięstwo Okolie nad Cieślakiem. Jeszcze bardziej jednak cieszę się z tego, że znowu mogłem być młodym chłopakiem, dla którego wszystko było nowe. Uśmiechniętym człowiekiem, który wszedł na moment do świata, w którym bardzo mu się spodobało. Do którego, z całą pewnością, jeszcze niejednokrotnie zawitam.

KOMENTARZE