Młodzieżowa reprezentacja Polski awansowała na mistrzostwa Europy, za co w pełni zasłużenie zebrała wielkie brawa. Nie codziennie pokonuje się w dwumeczu Portugalczyków, nie codziennie na terenie wroga strzela się aż trzy gole.

Sam występ na turnieju tej rangi jest sporym osiągnięciem, różne pokolenia piłkarzy w naszym kraju przez aż 24 lata nie były w stanie awansować na młodzieżowe Euro. Można to rozumieć na dwa sposoby: albo ta reprezentacja jest aż tak mocna i tak dobrze potrafi grać w piłkę, albo poprzednie były tak słabe, że piłkarze turniej mistrzowski oglądali przed telewizorami.

Na jedną rzecz zwróciłem uwagę szczególnie po drugim spotkaniu z Portugalią. Nasi piłkarze największe brawa zebrali za to, że do rewanżowej konfrontacji podeszli z ambicją, poświęceniem i walką o każdy centymetr boiska. Zaangażowanie było widoczne aż nadto w porównaniu do tego, co w ostatnim czasie pokazuje dorosła reprezentacja.

I wtedy zaczynam się zastanawiać. Czy to coś wyjątkowego, że młodym chłopakom, którzy jeszcze nie mają sukcesów na swoim koncie, dopiero wchodzą do dorosłej piłki, bardzo zależy na wygraniu meczu z drużyną, która jest, przynajmniej na papierze, dużo lepsza? Albo inaczej: czy w każdej publikacji na temat tego wielkiego sukcesu, należy zauważyć, że „piłkarze prowadzeni przez Czesława Michniewicza pokazali charakter i gonili za piłką przez pełne 90 minut?”

Też bardzo cieszę się, że udało nam się awansować na Euro. Też zauważyłem, że piłkarze dużo i szybko biegali, jeździli na tyłkach wślizgami, grali agresywnie i z poświęceniem. To widział każdy, kto zdecydował się ten mecz oglądać. Ale czy to coś wyjątkowego? Coś wielkiego? Coś niespotykanego w dzisiejszej piłce?

W każdym sezonie w futbolu oglądamy mnóstwo spotkań, w których mamy do czynienia z niespodziankami. Kto jest ich autorem? Zespoły słabsze, którym przed pierwszym gwizdkiem nikt nie daje szans, a które właśnie dzięki cechom wolicjonalnym są w stanie zaskoczyć cały świat. Każdy z tych zespołów w aspektach, które można nadrobić, musi być lepszy od swojego przeciwnika. Piłkarsko Betis Sevilla jest dużo gorszym zespołem od FC Barcelony, a mimo wszystko ostatnio wygrał i to na Camp Nou. Gdyby za każdym razem o zwycięstwie danej drużyny decydowały umiejętności poszczególnych zawodników, to nigdy Everton nie pokonałby ani Chelsea, ani Manchesteru United czy Liverpoolu. W każdym sezonie tego typu niespodzianki zdarzają się regularnie. W piłce, choć nie tylko w piłce, ale ogólnie w sporcie, nie zawsze wygrywa ten, kto jest teoretycznie mocniejszy i na białej kartce papieru ma wypisanych więcej plusów od swojego przeciwnika. Bardzo często o triumfie decyduje poświęcenie, ambicja i zaangażowanie. Drużyna, która ma tego mniej, przysypia lub olewa potyczkę, często schodzi z boiska na tarczy.

Przy obecnej kondycji polskiej piłki – tej w wydaniu reprezentacyjnym czy klubowym, z najlepszymi nigdy nie będziemy stawiani w roli faworytów. Jeżeli chcemy coś ugrać, to po pierwsze musimy dać z siebie wszystko, a po drugie liczyć na to, że rywal trochę nas zlekceważy. W innym wypadku Francja, Hiszpania czy Niemcy, bez względu na kategorię wiekową, zawsze z nami wygra.

A za przebiegnięte kilometry, energiczne sprinty, doskok do rywala, agresję i pasję na boisku nie chwalmy. Wymagajmy tego zawsze od profesjonalnych sportowców, którzy po prostu dobrze wywiązują się ze swoich obowiązków.

 

KOMENTARZE