15 listopada 2006 roku. Eliminacje do Euro 2008. Polska podejmuje Belgię na stadionie imienia Króla Baoudouina I w Brukseli. Po przegranym meczu z Finlandią rozpoczynającym eliminacje, Polacy zremisowali z Serbią w Warszawie,a potem okazali się minimalnie lepsi od ekipy Kazachstanu. Gra zespołu prowadzonego przez Leo Beenhakkera pozostawiała wiele do życzenia. Udało się wygrać z Portugalią i zaszczepić wśród piłkarzy wiarę we własne umiejętności. Jadąc do Belgii cel był prosty – nie przegrać. Niby żadna wielka firma ta Belgia, ale strach był dość wyraźnie odczuwalny. Ten mecz miał wskazać drogę, którą piłkarze będą kroczyć w eliminacjach. Czy walczą o najwyższe cele, czy znowu dają dupy w eliminacjach do europejskiego czempionatu. Bohaterem został Radosław Matusiak, po którym chwilę później ślad zaginał.

Wciąż mam to  świeżo w pamięci, mimo że właśnie dziś stuknęło już dziewięć lat. Wielki jak dąb Daniel Van Buyten dał się przepchnąć o głowę mniejszemu od siebie Matusiakowi i ten znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem Czerwonych Diabłów. Polak nie mógł sobie wymarzyć lepszej sytuacji do zdobycia bramki niż ta, w której się znalazł. RadoMatu kopnął piłkę technicznie, klasycznie – z bioderka i już w pierwszej połowie biało – czerwoni objęli prowadzenie. Udało się ten wynik dowieźć do końca spotkania i wygrać w Brukseli. Po tym spotkaniu mieliśmy już dziesięć zdobytych punktów po pięciu rozegranych meczach i zaczynaliśmy uchodzić za jednego z faworytów do awansu na Euro. Matusiak przeżywał wtedy fantastyczny okres w swojej karierze. Strzelił dwukrotnie Serbom, zdobył arcyważną bramkę przeciwko Belgii. To były jeszcze te czasy, kiedy Lewy mecze biało – czerwonych oglądał na czternastocalowym telewizorze, a polską husarią dowodzili Ebi Smolarek i Maciej Żurawski. Z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że taki Matusiak miał wszystko, żeby w poważnym futbolu zaistnieć. 24 lata, pierwszy plac w meczach drużyny narodowej i całkiem obiecujące występy w klubie. Na horyzoncie perspektywa ciekawego transferu i powąchania wielkiego futbolu. Chłopak gdzieś jednak się wyraźnie pogubił i karierę szybciej zakończył, niż udało mu się ją na poważnie rozpocząć. A w zasadzie to kończył ją dwukrotnie, z czego pierwszy raz w 2008 roku. Matusiak na Euro nie pojechał, mimo że do awansu dorzucił swoją całkiem sporą cegiełkę. Po odejściu z Bełchatowa tułał się między Włochami, Holandią, Polską, a Grecją, ale nigdzie nie mógł znaleźć swojego miejsca na ziemi. Został zapamiętany, jako zawodnik o sporym potencjale, który w najważniejszym momencie swojej kariery narobił w gacie i przepadł gdzieś wśród przeciętniaków. Przeciętniaków, dla których w wielkiej piłce nigdy nie było miejsca.

Czas szybko leci, a RadoMatu ma dziś dopiero 33 lata. Zapamiętany zostanie z rykoszetu z Serbią i przede wszystkim z tej bramki z Belgią. Trafienia, które wyznaczyło nam właściwą drogę do Szwajcarii i Austrii. Wielu sporo by oddało, żeby choć w taki sposób móc zapisać się w historii polskiego futbolu.

KOMENTARZE