Cztery lata – kurde, nie powiem, zleciało. Momentalnie. Wszystko odwróciło się do góry nogami. Miało być do szuflady, dla kolegów, krytycznie o naszej piłce, w której próżno szukać logiki. Wyszło… inaczej, ale fajnie. Lepiej niż się spodziewałem.

Dużo osób pyta, jak to jest pisać o piłce, oglądać mecze, robić wywiady ze sportowcami i jeszcze na tym zarabiać. Zawsze odpowiadam, że to nie jest takie proste, ale na pewno przyjemne. Super jest siedzieć w domu, pisać o meczu Barcelony lub walce Deontaya Wildera. Żeby jednak dojść do momentu, w którym ktoś odbierze od was telefon, umówi się na rozmowę kwalifikacyjną i zaproponuje przystępne warunki współpracy, abyście mogli pracować dla niego – na to trochę trzeba pozasuwać.

No bo często słyszę pytanie: co trzeba zrobić, żeby pracować jako dziennikarz? Jak wypełnić swój telefon kontaktami, które pomagają utrzymać się w tym fachu?

Nie będę się wymądrzał, bo moje czteroletnie mleko pod nosem na to nie pozwala, ale jakieś przemyślenia już mam i coś mogę poradzić. Przede wszystkim trzeba chcieć. Trzeba chcieć, ale nie przed kumplami czy chwaląc się na Facebooku zdjęciem z gościem z pierwszych stron gazet. Trzeba chcieć wtedy, gdy reszta odpoczywa, gdy sobotnie popołudnie rozpoczyna się od domowego obiadku i pierwszego piwka. Wtedy, gdy wszyscy planują podbój dyskotekowych parkietów, bardzo często trzeba zostać w domu i pisać. Oglądać, czytać, śledzić Twittera i pisać. W sobotę wieczorem bowiem są żniwa dla dziennikarza sportowego – wtedy najczęściej rozgrywany jest najciekawszy mecz całej kolejki w ekstraklasie. Co tydzień właśnie w sobotę jest gala boksu czy MMA, o której warto napisać kilka zdań.

Trzeba chcieć opuszczać dom. Wyjeżdżać w Polskę. Tankować samochód do pełna za swoje pieniądze i umieć wydawać kasę (zarobioną w innej robocie) na Pendolino, aby zrobić wywiad lub wziąć udział w konferencji prasowej. Czy ktoś wasze wypociny przeczyta, a rozmówca powie wam coś, czego nie powiedział przez całą swoją sportową karierę? Pewnie nie. Mimo wszystko musicie wykonać ten pierwszy krok.

Trzeba mieć zmysł do przewidywania. Czutkę, w jaki sposób można się dostać do osoby, z którą chcecie pogadać. Kiedyś miałem kolegę-operatora, z którym jeździłem na mecze. Ustawiał się w trakcie 90 minut w różnych miejscach wokół murawy, aż stanął w tym, do którego biegli piłkarze po strzelonym golu. Patrzyli mu się w obiektyw, a on robił najlepsze zdjęcia. To właśnie jest czutka. Niewiele zalet potrafię sobie przypisać, ale to miałem zawsze – umiałem układać puzzle w ten sposób, że bardzo szybko zaczęła mi się z nich tworzyć pewna budowla. Potrafiłem szybko łapać za właściwe sznurki. Na początku uderzyłem do mojego kumpla, który znał Artura Siódmiaka i Piotra Zeszutka. Od nich udało mi się uderzyć do koszykarza Trefla i siatkarza z Lotosu. Z czasem znalazłem wspólne zdjęcie na Facebooku Siódmiaka z Krzysztofem Hołowczycem, do którego dał mi numer telefonu. Mój były szef odprowadzał córkę do przedszkola i tam regularnie mijał się ze Sławkiem Peszko. Zacząłem kombinować, pisać do moich kolegów, prosić o pomoc. Znałem kilka osób w Słupsku, więc byłem pewien, że któraś z nich zna Pawła Kryszałowicza. Chwilę później pojechałem do niego na wywiad. Przygotowałem się znakomicie, zjedliśmy kolację. Podpytałem o Jacka Krzynówka, do którego dał mi numer. Wspomniałem o Jurku Dudku – „spoko, Dudi wie, że będziesz dzwonił”. Czy korzystając z uprzejmości byłego bramkarza Liverpoolu mógłbym polecieć do Szkocji i zrobić wywiad ze Stevene’m Gerrardem lub do Madrytu, żeby pogadać z Raulem? A czemu nie, przecież to tacy sami ludzie jak my.

Dbałem o rekomendacje. O numer telefonu lub przyjęcie do znajomych. Zbierałem kontakty, cały czas powoływałem się na ludzi, z którymi już się znam. Kryszałowicz nie wiedział, że pisząc do Peszki też podpierałem się tymi samymi osobami. Każdy myślał, że piszę tylko do niego. Pisałem codziennie do kilkunastu osób. Łapałem każdą sytuację i jeździłem. „O 9:00 w środę? Kurde, nie mogę, pracuję… Albo dobra, będę, jakoś to ogarnę, do zobaczenia!” Jechałem. Chwilę po 8:00 już czekałem z kawą na mojego rozmówcę. Nawet jeżeli trasa z Sopotu do Bełchatowa, do wspomnianego przez sekundą Krzynówka, trwała 8 godzin i w połowie stycznia nie była niczym cudownym.

Mnóstwo było wyjazdów, które nic mi nie dały. Pojechałem kiedyś do jednego gościa do Warszawy, spóźnił się godzinę, porozmawiałem z nim może z 20 minut, później wywiad autoryzował przez trzy tygodnie, aż spruł się do mnie, że „również” zamieniłem „także”, a przecież on nigdy nie mówi „także” i jak ja mogę tego nie wiedzieć. Dziennikarstwo nauczyło mnie jednak, że nawet najbardziej abstrakcyjna osoba może otworzyć pewne drzwi. Może wskazać drogę, która pomoże zrobić kolejny krok w mojej karierze.

Kiedyś napisała do nas na skrzynkę na Facebooku Łączy Nas Pasja Ola, która… grała na skrzypcach elektrycznych. Występowała w przerwach pomiędzy meczami koszykówki, znała Marcina Gortata, czasami na innych imprezach sportowych miała swoje występy. Temat został przypisany mi, bo ja słynąłem w redakcji z tego, że rozmawiałem z dziwnymi ludźmi. To ja robiłem wywiad z Igorem Traczem, który był mistrzem świata w wyścigach psich zaprzęgów i opowiadał mi o rzeczach, które dla przeciętnego Kowalskiego są jak sciance fiction. Temat Oli olałem, no bo… bez przesady. Ja i skrzypce elektryczne? Odpuszczam, to już nawet dla mnie krok za daleko.

Ale w końcu jechałem do Gdańska (mieszkałem już w Warszawie) i miałem trochę wolnego. Zadzwoniłem do Oli, umówiłem się z nią na wywiad. Okazało się bardzo szybko, że to super dziewczyna i mam z nią wielu wspólnych znajomych. Poza swoją pracą i występami… pracuje też w federacji FEN. Podobno od dłuższego czasu szukają rzecznika prasowego, bo poprzedni nie daje rady.

Rozumiecie – przed chwilą była to dziewczyna, która grała na skrzypcach elektrycznych. W kilka sekund sytuacja się zmieniła – pracowała w miejscu, do którego nie mogłem się dobić, a próbowałem kilkukrotnie. Poznałem prezesa, robiłem z nim wywiad – polubiliśmy się, ale… no ale tak się nie dostaje roboty. Nie zapewni mi jej gość, który bywa w świecie i zna ludzi. Wywiadów udziela regularnie nie takim chłopcom, jakim ja wtedy byłem.

„Paweł, jest ze mną Kuba, poznałeś go, to ten od tego ciekawego wywiadu, który z tobą robił. Mówiłeś, że ma pojęcie, zna się na rzeczy.”

Chwilę później Ola zapytała, czy Paweł nie chciałby, abym to ja został rzecznikiem prasowym w FEN. Chwilę trwało dopięcie wszystkich tematów, ale właśnie przygotowuje się do dziesiątej gali, od kiedy jestem pracownikiem federacji. Śmiało mogę powiedzieć, że mam na głowie bardzo dużo i wiele zależy od podejmowanych przeze mnie decyzji.

Pojechałbym tego dnia w innym kierunku, porozmawiałbym z Adamem Małyszem lub Kamilem Glikiem – mogłem to zrobić, wystaczyło zadzwonić i zapytać o wywiad. Pojechałem na rozmowę z laską, dzięki której dziś robię coś, co tak naprawdę chciałem robić od momentu, gdy po raz pierwszy złapałem za mikrofon. Tego nauczyło mnie właśnie dziennikarstwo – czasami warto zatankować samochód do pełna robiąc coś, co na pierwszy rzut oka nie ma żadnego sensu.

Cztery lata to tak naprawdę tylko fragment naszego życia. Ja przez te cztery lata zrozumiałem kilka rzeczy. Po pierwsze świat jest mniejszy niż może się wydawać i wbrew pozorom idzie oswoić się z tym, że twoim kumplem, z którym pijesz kawę w galerii, jest Maciej Sulęcki czy Andrzej Grzebyk, a nie Piotrek czy Przemek z drugiej grupy na studiach. To normalni goście, których wkurza dziewczyna i którzy mają zgagę po meksykańskiej knajpie. To ludzie, którzy też uważają, że piłkarze to rozpieszczeni gogusie, a paliwo powinno być tańsze, bo pięć złotych za litr to spora przesada.

Nauczyłem się, że nie ma rzeczy niemożliwych, bo nawet mając dwa kontakty w telefonie do sportowców na starcie po czterech latach można ich mieć pięćset (?) i każdy kolejny jest na wyciągnięcie ręki. Zdradziłem już wam, do kogo uderzałbym, gdybym chciał się dostać do Gerrada. LeBron James? Czarek Trybański —> Marcin Gortat —> i jakoś tam dalej – nie wiem, bo nie siedzę na tyle w koszykówce. Czy jest to do ogarnięcia? Myślę, że tak, bo Czarek na pewno odbierze telefon i nie będzie grymasił, gdy poproszę go o pomoc.

Nauczyłem się ciężko pracować. Nie błyszczeć przed kamerą i nie spoczywać na laurach, gdy ktoś poklepie po plecach. Dziennikarstwo to pułapka, a dziennikarz sportowy jest narażony na wszystkie zagrożenia, które wynikają z szeroko rozumianej popularności. Wiecie, znacie dużo fajnych ludzi, bywacie tu i tam, zbijacie piątki z kimś, kto w waszej rodzinnej wiosce jest Bogiem. Jeżeli przedwcześnie uwierzycie, że jesteście super, bo Artur Szpilka czy Asia Jędrzejczyk odbierają od was telefon, to przepadniecie. Będziecie klepani po plecach, a robota stanie. Bardzo szybko przejdziecie na stronę pismaków, którzy szczerzą ząbki do zdjęcia, a niewiele kumają. Po prostu są w świecie, który jest dla nich idealnym miejscem do dalszej egzystencji.

Cztery lata temu marzyłem o tym, żeby zobaczyć wielki boks na żywo, polecieć kilka razy do Barcelony i poznać Tomasza Adamka. Wiecie co? To wszystko już było. Aż strach pomyśleć, co przyniosą kolejne cztery lata i jak wtedy będę śmiał się z tego tekstu.

KOMENTARZE