Krzysiu Mączyński odpocznie w najbliższym czasie od średnio poważnej piłki i zajmie się rekreacyjnym uprawianiem sportu. Do niedawna reprezentacyjny pomocnik zamiast mierzyć się z Lechem, Jagiellonią i Lechią w pierwszej drużynie Legii Warszawa, błędy będzie musiał przemyśleć w zespole rezerw mierząc się z tuzami, których nie ma na piłkarskiej mapie świata.

Komunikat Legii w sprawie Krzysia był bardzo ogólny i nie dowiedzieliśmy się z niego nic konkretnego – po prostu – piłkarz nie będzie występował przez jakiś czas w pierwszej drużynie Legii. Biorąc pod uwagę jego ostatnie miesiące – odpadnięcie z Ligi Mistrzów i Ligi Europy w sezonie 2017/2018, bardzo słaby sezon w barwach Legii, brak powołania na mundial w Rosji, odpadniecie z Ligi Mistrzów i Ligi Europy w sezonie 2018/2019 – kompromitacja. Co ciekawe, Krzysiu bardzo długi czas sumiennie pracował na to, by dziś piłkę uprawiać jedynie dla zabicia czasu.

Październik 2017 rok. Legia Warszawa mierzy się z Jagiellonią Białystok w spotkaniu ligowym. Gra mistrz z wicemistrzem kraju. Na papierze – szlagier. W normanej lidze – mecz, który może przesądzić o tytule. Krzysiu w potyczce nie występuje, bo ma problemy… mentalne. Nie kolano, nie mięśniówka, nie ścięgno Achillesa czy staw skokowy – problemy mentalne. Krzysiu zarabia miesięcznie marne 150 tysięcy złotych i nie daje rady psychicznie – przed nadchodzącym zgrupowaniem reprezentacji Polski woli odpocząć.

Krew zalała mnie oczywiście już wtedy, ale artykułu na ten temat nie napisałem. Minęło trochę czasu, a Krzysiu znowu mi podpadł. Pierwsze spotkanie Legii z Dudelange. Początkowe fragmenty spotkania. Rywal niebezpiecznie wchodzi od tyłu w nogi Krzysia, ten pada jak długi. Zwija się z bólu kilka minut, sygnalizuje zmianę. Zgoda – wyglądało to brzydko, bardzo niebezpiecznie. W gruncie rzeczy jadnak… chyba nic poważnego się nie stało – tak wywnioskowałem po powtórkach.

Efekt? Mączyński schodzi z murawy, nie jest w stanie bez pomocy opieki medycznej opuścić boiska. Trzy dni później wychodzi od pierwszego gwizdka na mecz z Koroną i strzela pięknego gola, a Wojskowi pewnie wygrywają.

Może i faktycznie Krzysiu nie mógł dograć tego meczu do końca. Nie wiem – trudno powiedzieć, bo nie otrzymałem takiego kopnięcia, jakie on wtedy otrzymał. Zabrakło mi jednak próby podjęcia kontynuacji spotkania z bólem. Brakowało mi sygnału dla reszty zawodników: „Panowie, nic mi nie jest, pomogę wam wygrać ten mecz!”

Tymczasem reprezentant Polski, jeden z liderów zespołu, Polak, dla którego gra w Legii jest szczytem sportowych możliwości, zupełnie bez walki schodzi z boiska w trudnym momencie dla swojej drużyny, by chwilę później w kolejnym spotkaniu na murawie pojawić się od pierwszego gwizdka.

Nie tak dawno pisałem o tym w kontekście piłkarzy i ich braku ambicji, która razi mnie w oczy. Podałem przykłady Tomasza Adamka i Łukasza Szostka. Oto fragment:

Byłem kiedyś na meczu rugby, w którym Polska mierzyła się z Niemcami. Dawne czasy, ładnych kilka lat temu. W rugby nie ma żartów – każdy zostaje w ciągu meczu kilka razy skasowany, dopóki ktoś na noszach nie ściągnie kontuzjowanego gracza z boiska to prawdopodobnie on sam z niego nie zejdzie. Łukasz Szostek został poturbowany przez jednego z rywali, strasznie sponiewierał go zawodnik – na oko – czterdzieści kilogramów cięższy. Widać było, że łącznik młyna Arki nie jest świadomy. W amoku wstaje i chce grać dalej. Przewraca się. Znowu wstaje. Pada. I znowu. Koledzy każą mu zejść z boiska, ale on chce grać. Przy linii bocznej już czeka jego zmiennik, ale Szostek bierze się do rozgrywania kolejnej akcji. Po kilku minutach selekcjoner postanawia ściągnąć go z murawy. Szostek jest wkurzony, rozwiązuje bandaże, ciska nimi o glebę, rzuca kurwami. Jest zły, podaje rękę trenerowi i długo nie ubiera kurtki. Drużynie nie idzie, a on ją osłabia. Ambicja nie pozwala mu pogodzić się z tym, że w ważnym momencie nie dał rady.

Tomasz Adamek złamał nos przed pierwszym pojedynkiem z Paulem Briggsem. Już w pierwszej rundzie pojedynku o tytuł mistrzowski kontuzja się odnawia i nos puchnie. Zalany krwią Góral walczy, mimo że cały czas polski kibic boi się, że lekarz zaraz przerwie pojedynek. Oczy zalane krwią, nos przypominający dorodną paprykę – kto widział tamten pojedynek wie, o czym mowa. Adamek walczy, pokonuje kryzys, ból, mimo że przyjmuje w to miejsce cios za ciosem. Nie poddaje się, zwycięża, zostaje mistrzem świata. Jest rozbity, potrzebuje dłuższej przerwy, by dojść do siebie. Odpoczywa w rodzinnych Gilowicach przyglądając się pasowi mistrzowskiemu.

Tu widzicie jak na dłoni różnicę – Adamek i Szostak zrobili wszystko, żeby mimo bólu osiągnąć sukces – jednemu to się udało i został mistrzem świata, drugi musiał zejść z boiska. Bohaterstwem jednak i charakterem zasłużył na wielkie brawa.

Dla kontrastu jest Krzysiu, który najpierw ma problemy mentalne, przez co między innymi również nie jedzie na mistrzostwa świata. Kilka miesięcy później odpuszcza arcyważny mecz, jego zespół odpada z gry w europejskich pucharach, a Krzysiu zostaje odstawiony do drugiej drużyny i popisy kolegów ogląda już tylko w telewizji.

Brawo Krzysiu, dobra robota. Powodzenia w podejmowaniu kolejnych bardzo mądrych życiowych decyzji!

KOMENTARZE