Lech Poznań to na swój sposób wyjątkowy klub na piłkarskiej mapie Polski. W dużej mierze opierający swój zespół o młodych zawodników. O Polaków. O graczy, którzy po pokazaniu się na krajowym podwórku za dużą kasę idą za granicę i tam kontynuują swoje kariery.

Czyli jeżeli jest młody Polak mieszkający w Wielkopolsce, to śmiało może marzyć o grze w Kolejorzu, bo to stamtąd na świat wyszli Linetty, Bednarek czy Kownacki. Bo to właśnie w Lechu karierę zaczął Jóźwiak czy Marchwiński, którzy zaraz będą grać w jednej z najlepszych lig na świecie.

Jakie warunki trzeba spełnić, żeby załapać się do Lecha, jeżeli nie jest się ani Polakiem, ani tym bardziej młodym człowiekiem?

a) trzeba być lepszym niż młodzi Polacy

b) trzeba być tańszym niż młodzi Polacy

c) trzeba występować na pozycji, w której nie mamy dobrych młodych Polaków

d) trzeba rokować na tyle, by być drogo sprzedanym za granicę – drożej niż młodzi Polacy

e) trzeba mieć w sobie coś, dzięki czemu trener będzie stawiał na takiego gracza, a nie na młodego Polaka

Dosyć proste warunki, które należy spełnić, aby grać w Lechu Poznań. Między słupkami Kolejorza od jakiegoś czasu stoi Mickey van der Hart. Gdzie jak gdzie, ale w bramce nasi rodacy czują się jak ryba w wodzie. Oczywiście bzdurą jest dumnie brzmiąca polska szkoła bramkarzy, dzięki którym Dudek, Szczęsny, Fabiański czy Grabara dobrze radzili lub wciąż radzą sobie w nieco większej piłce, ale gdybyśmy zapytali spotkanego w Anglii kibica, jaka pozycja w naszym kraju jest bezpieczna, to pewnie odpowiedziałby, że chodzi o napastnika i bramkarzy. Napastnika, bo mamy w swoich szeregach Roberta Lewandowskiego, bramkarza, bo przez te wszystkie lata przyzwyczailiśmy świat, że między słupkami mamy strażaka, który potrafi uratować każdy pożar.

Van der Hart to 26-letni Holender, na którym od jakiegoś czasu kibice Lecha wieszają psy. A to spóźniony, a to nieskoncentrowany, a to odstawił jakiegoś babola, przez co śmieje się z niego pół Polski. Bohater mojego tekstu to obcokrajowiec, czyli wyłamano się z polityki klubowej w obsadzaniu jak największej liczby pozycji wychowankami, których można później drożej sprzedać. Portal Transfermarkt.pl podaje, że van der Hart kosztował Lecha 850 tysięcy euro. Mniejsza o szczegóły – na pewno kosztował sporo. Domyślamy się, że jego wynagrodzenie również nie należy do najniższych w Lechu.

Czyli mamy:

a) bramkarza, który nie spełnia oczekiwań

b) bramkarza droższego niż młodzi Polacy

c) bramkarza, czyli pozycję, w której jak nigdzie indziej mamy wielu młodych-zdolnych zawodników

d) bramkarza, o którego nie bije się pół Europy

I dochodzimy do ostatniego podpunktu – czy van der Hart ma coś, co nas urzeka? Coś, co działa na jego korzyść? Czy to jest ktoś taki, jak kiedyś Manuel Arboleda w Lechu, którego kochali kibice? Czy to naprawdę porządny i przykładny facet, który identyfikuje się z fanami? A może jest kozakiem i walczakiem, który nigdy nie odpuszcza? Może ma dobry wpływ na swoich młodszych kolegów? Otóż nie – nic z tych rzeczy. Mickey van der Hart natomiast z powodu kontuzji zszedł z boiska w półfinale Pucharu Polski przed potencjalnie ostatnim strzałem piłkarza Lechii Gdańsk. Jego drużyna chwilę później odpadła z rozgrywek.

Nie wszyscy oglądali mecz Lecha z Lechią, więc w skrócie:

Najpierw lepiej radził sobie Lech (dwa obronione karne MVDH), potem do głosu doszła Lechia. Przy jednej z parad Holender doznał kontuzji barku, jednak po chwili zawahania jeszcze raz stanął na linii bramki. Przed ostatnim karnym w wykonaniu gracza Kolejorza van der Hart wywiesił białą flagę – nie był w stanie kontynuować meczu. W jego miejsce wszedł 21-letni Miłosz Mleczko.

Holender wiedział, że być może już nie będzie musiał interweniować – przestrzelony karny Jóźwiaka (finalnie tak się stało) oznaczał koniec meczu i awans Lechii do finału PP. W momencie kryzysowym jednak van der Hart poddał się – stwierdził, że to idealny moment na to, aby zejść z boiska.

Jasne – na pewno go bolało, na pewno to coś poważnego i czeka go teraz dłuższa przerwa. Niestety – taki jest jednak sport – Tomasz Adamek walczył ze złamanym nosem i został mistrzem świata, Jakub Błaszyczkowski w barwach Wisły Kraków rozegrał znakomity mecz przeciwko Panathinaikosowi Ateny, czym skarł serca fanów. Chwilę po oficjalnym komunikacie, że późniejszy kapitan kadry grał z pękniętą stopą, kibice zachwycali się jego poświęceniem, ambicją i zaangażowaniem. Van der Hart zszedł z pola bitwy w najważniejszym momencie sezonu. Opuścił bramkę Lecha w sytuacji, dla której w ogóle był sprowadzany do Poznania.

Van der Hartowi nie tylko zabrakło jaj – zabrakło mu również cwaniactwa. Tak ważnego w futbolu kombinatorstwa, żeby wiedzieć, co zrobić, aby oszukać. Aby pomóc samemu sobie. W tej konkretnej sytuacji nie wykiwać przeciwnika, a własnego kibica. Widząc, jaka jest sytuacja w konkursie jedenastek podnieść rękę, pokazać gotowość do gry. Zacisnąć zęby i z grymasem bólu wesprzeć młodszych od siebie kolegów dodając im otuchy, że przecież nic nie jest w stanie ich tego wieczoru złamać.

Mleczko nie miał okazji nawet dotknąć piłki, ale to tak naprawdę nieistotne. Van der Hart, który w znakomity sposób obronił dwie jedenastki, pokazał, że nie ma tyle charakteru, aby pójść na wojnę nawet wtedy, gdy siedzi wygodnie w czołgu, a po drugiej stronie idzie grupka chłopaków ze scyzorykami. Na nim polegać nie można. On nie zasługuje na to, aby barwić barw jednej z najlepszych drużyn w Polsce.

PS. Od rana media informują, że Mickey van der Hart bardzo chciał dokończyć serię rzutów karnych, ale nie pozwolili mu na to lekarze. Adamkowi też podpowiadano, żeby zszedł z ringu po dwóch rundach. Zrobił jednak po swojemu, poszedł pod prąd. Dziś wspomina tę kontuzję z uśmiechem na ustach.

KOMENTARZE