Całkiem nie tak dawno temu publicznie wieszczono mu koniec wielkiej sportowej kariery. Rozglądano się dookoła w celu znalezienia potencjalnych następców, gdyż bez prawdziwego lidera polscy skoczkowie nie będą w stanie odnosić spektakularnych sukcesów. Minęło półtorej miesiąca i lider kadry się objawił. Ku zdziwieniu wielu pismaków – jest nim znowu Kamil Stoch.

Nie, nie – to nie przesada. Po corocznym skakaniu na igielicie, które – nie bójmy się tego powiedzieć wprost – większość skoczków ma w głębokim poważaniu, zaczęła się spekulacja na temat szans naszych zawodników na odnoszenie sukcesów zimą, gdy wszyscy będą zwarci i gotowi. W lipcu i sierpniu najlepszy był Maciej Kot i to w jego kierunku patrzono ze szczególną uwagą. Kamil Stoch bowiem – tu wypowiedź wielu dziennikarzy – najlepsze lata kariery ma już za sobą. Co prawda jeszcze niedawno wygrywał dwukrotnie olimpijskie konkursy, zdobywał mistrzostwo świata i wygrywał generalkę na koniec sezonu, ale był przez wielu zapomniany. Gdy po pierwszych konkursach tego sezonu Kot lądował tuż za podium, a Stoch meldował się w trzeciej dziesiątce, wielu dziennikarzy piszących o skokach czuło swego rodzaju satysfakcję – Mieliśmy rację! Kot lepszy od Stocha! Zmiana warty!

Pech jednak chciał, że Kot na poziomie, na którym sezon rozpoczął (bardzo dobra forma) pozostał, a Stoch wspiął się po raz kolejny na wyżyny swoich umiejętności. Efekty? Wygrany Turniej Czterech Skoczni i dublet w Wiśle. Widoki na przyszłość? Bez cukierkowania – wygranie w Zakopanem indywidualnego konkursu i realne szanse na zwycięstwo w drużynówce. W drużynówce, w której najprawdopodobniej to Stoch będzie liderem kadry. Perspektywa drugiej części sezonu i tegorocznych mistrzostw świata w Lahti również jest nadzwyczaj optymistyczna. Stoch po raz kolejny może bowiem pozamiatać.

Jako że prognozy pismaków się nie sprawdziły, a z sensacyjnego tematu trzeba było zejść na temat zastępczy, zaczęto porównywać Kamila Stocha do Adama Małysza. My, Polacy, lubimy klasyfikować i porównywać. Uwielbiamy mieć jasną sytuację oraz ugruntowany punkt patrzenia na wiele kwestii. Porównujemy Lewandowskiego do Bońka i reprezentacje Górskiego z tą Piechniczka. Chcemy mieć stuprocentową pewność, że ktoś był od kogoś lepszy. Że jeden sportowiec był znakomity, a drugi co najwyżej dobry. Lubimy mieć świadomość tego, że obudzeni w środku nocy bez zająknięcia będziemy w stanie odpowiedzieć „Małysz” wymieniając tego najlepszego.

malysz1

Co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Że tak naprawdę nikt od nas tego nie wymaga. Nikt nie każe nam dokonywać wyboru. Obaj Panowie nie mają z tym problemu, a znowu dziennikarze chcący rzucić budzący refleksje temat mącą nam w głowach. Starają się zburzyć nasz spokój dyskutując na tematy, które nie muszą być analizowane. Których rozbiór na czynniki pierwsze nie jest konieczny w obecnej sytuacji. W sytuacji, w której idzie, i – co najważniejsze – w której idzie dobrze. Pomyślnie i zgodnie z planem.

Przed „erą Małysza”, której nikt z nas nie pamięta, polskie skoki również miały swoje sukcesy. Pojedyncze zawody wygrywał Stanisław Marusarz, brązowym medalistą mistrzostw świata w lotach był Piotr Fijas. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy – to jedynie malutkie sukcesiki, których za kilka lat nikt nie będzie wspominał. Każdy będzie pamiętał tylko to, co działo się po 2001 roku. Po tym pamiętnym, wygranym przez Adama Małysza Turnieju Czterech Skoczni, który – jak się później okazało – grubą kreską oddzielił lata chude od tłustych w polskich skokach.

A my jeszcze niedawno ciesząc się z sukcesów samego Małysza, który w pojedynkę reprezentował nasz kraj na arenie międzynarodowej mieliśmy nadzieję, że po jego odejściu na emeryturę polskie skoki nie znikną. Nie wrócimy do czasów sprzed Małyszomanii, kiedy to nikt nie miał pojęcia co to jest wielkość skoczni i noty sędziowskie. Z niepokojem wypatrywaliśmy młodych adeptów, którzy w przyszłości będą choć w jakimś stopniu kontynuacją dobrze wykonanej roboty przez sympatycznego chłopaka z Wisły.

Dziś, gdy Kamil Stoch ma osiągnięcia porównywalne do tych Małysza, dochodzimy do momentu, w którym zaczynamy obu zawodników zestawiać. Lepszy/gorszy? Który lepszy, a który gorszy i dlaczego? Zamiast przyjąć z uśmiechem na ustach to, co możemy od kilku lat obserwować na światowych skoczniach i patrzeć, jak Małysz płacze ze szczęścia po sukcesach swojego następcy, to my koniecznie chcemy jednoznacznie wiedzieć – Który? Który z nich jest większej klasy sportowcem?

Dlaczego mnie to irytuje? Bo gdybyśmy zapytali etiopskiego kibica biegów długich o to, czy lepszy był Haile Gebreselassie, czy Kenenisa Bekele, to on pewnie z uśmiechem na ustach wstrzymałby się od odpowiedzi. Wyszedłby z założenia, że przy sukcesach obu biegaczy spędził tyle wspaniałych chwil, że nie jest w stanie powiedzieć, który z nich był lepszy. I jestem pewny, że nikt tematu nie drążył w momencie, gdy Bekele bił rekord świata swojego starszego kolegi i wygrywał dwukrotnie igrzyska olimpijskie w Pekinie. Każdy cieszył się, że pałeczka została podana dalej. Bez żadnego „ale” ani chwili refleksji.

stoch1

A samo mówienie Adama, że Kamil jest lepszym sportowcem od niego i wypowiedzi Stocha, że to Małysz zawsze będzie najwybitniejszym polskim skoczkiem tylko pokazują, jak bezsensowna jest to dyskusja. Jak Kamil w głębi duszy liczy, że kiedyś będzie mógł przegrać ze swoim następcą i na sportowej emeryturze siedząc wygodnie przed telewizorem wzruszy się po jego sukcesach.

A gdy już tak wszyscy nieco zapominamy o Małyszu, który w blasku chwały Stocha zostaje niejako zepchnięty na dalszy plan postawię tezę, z którą wiele osób może się nie zgodzić.

Gdyby nie Małysz, nie byłoby Stocha.

KOMENTARZE