Długa rozmowa z trenerem Ogniwa Sopot – Karolem Czyżem. Podsumowanie sezonu i kilka słów o tym, co sopocki klub czeka w przyszłości. Zapraszam.

 

Cofnijmy się w czasie. Jest 22 sierpnia 2015 roku, godzina 11:59. Za chwilę zaczynacie pierwszy mecz sezonu z Pogonią Siedlce. Jakie miałeś wtedy myśli w głowie?

Karol Czyż: Myśli było wiele. Na pewno najczęściej skupiałem się na tym, że zaczynamy sezon, w którym chcemy powalczyć o najlepszą czwórkę w Polsce. Mimo wielu rotacji w kadrze pierwszego zespołu i świadomości, że drużyna ciągle się zmienia chcemy pokazać się z dobrej strony. Deklaracji jako takich nie było, ale na pewno skupieni i skoncentrowali chcieliśmy bardzo dobrze wypaść na tle mocnego rywala z Siedlec.

Nie mów mi, że nie było aspiracji medalowych. Czwarte miejsce nikogo by w Sopocie nie cieszyło.

KC: Gdzieś tam w głowie mieliśmy swoje marzenia, które sięgały medalu z mistrzostw Polski, ale nie było obsesji, że Ogniwo koniecznie musi skończyć sezon na podium. Nasi rywale w walce o medale dysponują dużo większym potencjałem finansowym, a – jak wiadomo – niektórych rzeczy nie da rady załatwić bez pieniędzy. No i wiele osób zapomina, że polskie rugby to nie tylko Lechia, Arka i Budowlani.

No i rozgrywacie mecz z wcześniej już wspomnianą przeze mnie Pogonią. Porażka po nie najlepszym spotkaniu i wielu sympatykom Ogniwa miny zrzedły – to nie tak miało wyglądać.

KC: Przeciwnik był od nas lepszy – to nie ulega wątpliwości. My w Siedlcach nie wygraliśmy od bardzo dawna i tym razem nie mieliśmy argumentów w grze przeciwko lepiej dysponowanemu rywalowi. Nie zagraliśmy źle – to nie tak. Przeciwnik był lepszy. A w rugby zawsze lepszy wygrywa.

Potem było zwycięstwa z Orkanem Sochaczew i Skrą Warszawa, ale nie były to łatwe spotkania. Zaczęto dyskutować, że Ogniwo gra poniżej oczekiwań.

KC: Kibice zawsze będą dyskutować – widocznie nie wszyscy znają się na rugby. Z mojej perspektywy nie wyglądało to źle, choć oczywiście wiele rzeczy należało w tamtym momencie poprawić.

Potem były pierwsze derby z Lechią i porażka 10:49.

KC: Lechia to zespół, który dysponuje dużo większym potencjałem fizycznym. Każdy młyn dyktowany, kontakt i było widać, że ustępujemy gdańszczanom. Czy pojawiły się refleksje po tej porażce? Nie, bo sezon jest długi, a my wiedzieliśmy, że tylko dzięki ciężkiej pracy jesteśmy w stanie zrealizować swoje cele.

Ogniwo nie zachwycało, a w dodatku musieliście radzić sobie bez Piotra Zeszutka, który wypadł z gry z powodu poważnej kontuzji.

KC: Na pewno to był problem, z którym musieliśmy sobie radzić. Piotrek jest bardzo ważnym ogniwem w naszym zespole i zastąpienie jego nie było łatwe. W dodatku kilku zawodników przez sezonem opuściło klub, więc w pewnym momencie graliśmy bez całej trzeciej linii. Na szczęście Stasiu Niedźwiedzki i Robert Rogowski dobrze te braki zatuszowali.

W Ogniwie nie ma ludzi niezastąpionych?

KC: Nie uznaje takiego stwierdzenia, jak „nie ma ludzi niezastąpionych”.

Ogniwo raz grało lepiej, raz gorzej aż – koniec końców – potrafiło ograć Budowlanych przed własnymi kibicami 34:20. Jak to możliwe, że męczycie się z Posnanią czy Skrą, żeby potem najlepszą ekipę w Polsce rozwalić jak juniorów?

KC: To jest właśnie liga. Sezon jest długi i każdy ma słabsze momenty. Nikt nie da rady rozegrać całego sezonu na pełnych obrotach. My ostatnim razem pokonaliśmy Budowlanych w 2003 roku. Wchodząc do szatni napisałem chłopakom, ile dni minęło od naszego ostatniego zwycięstwa przeciwko drużynie z Łodzi. Nie pamiętam jaka to była liczba, ale na pewno kilka tysięcy. To nas motywowało. Nakręcaliśmy się nawzajem, bo chcieliśmy w końcu tą niechlubną serię przerwać.

Zwycięstwo na koniec roku podniosło morale Ogniwa? To był zwiastun udanej wiosny w waszym wykonaniu?

KC: Nas cały czas motywowały kolejne impulsy. Krok po kroku. Najpierw awansowaliśmy do Ekstraligi. Potem przyszło zwycięstwo z Budowlanymi Lublin, pierwsza wygrana z Lechią, Arką. Więc co jakiś czas dostawaliśmy takiego kopa do przodu, który utwierdzał nas w przekonaniu, że kroczymy właściwą drogą.

Jaki był plan na przepracowanie zimy?

KC: Chcieliśmy ciężko przepracować okres przygotowawczy i to udało nam się zrealizować. Tu muszę podziękować trenerom od przygotowania motorycznego, bez których na pewno nie skończylibyśmy sezonu na podium. Mówię tu o doktor Beacie Wolskiej, Leszku Chludzińskim, Marcinie Bochenku. Dzięki tym osobom i zaangażowaniu zawodników zima w naszym wykonaniu wyglądała bardzo profesjonalnie. Bo rugby to nie tylko piłka i boisko. Lekkoatletyka, judo, crossfit, gimnastyka, bieganie – to wszystko składa się na to, że podczas 80 meczowych minut jesteś lepszy od swojego przeciwnika.

Zrobiłbyś coś inaczej podczas przygotowań?

KC: Nie. O zwycięstwie bardzo często decydują detale. U nas było tak samo, ale niczego bym nie zmienił. Był wcześniej ułożony plan przygotowań, zaangażowanie, wielka motywacja u chłopaków i pasja, bez której nie da się zwyciężać.

Wiosnę rozpoczęliście od meczu z Orkanem, czyli – mam wrażenie – idealnym przeciwnikiem po wznowieniu rozgrywek.

KC: Mecz z Orkanem miał być przetarciem przed tym, co czeka nas w maju. Pytałeś, czy coś bym zmienił w przygotowaniach. Nie, nic bym nie zmienił. Ale jak teraz o tym wszystkim myślę, to różnie się to wszystko mogło potoczyć. Niekoniecznie musieliśmy wygrać z Orkanem i potem z Arką walczyć o medal. Dobrze wyszło – może tak.

Na początku marca rozmawiałem z Piotrem Płoszajem, który powiedział, że jego marzeniem jest to, aby wszystkie trzy kluby z Trójmiasta znalazły się na podium na koniec sezonu. A jak Ty do tego podchodziłeś? Bo z jednej strony wy wszyscy bardzo mocno się wspieracie, z drugiej jednak wciąż mówimy o rywalizacji sportowej i każdy patrzy na siebie. 

KC: Rywalizacja jest – bez tego sport nie byłby taki piękny. Ja patrzyłem na Ogniwo, bo to ten zespół prowadzę. Nie da się jednak ukryć, że o sile rugby w Polsce w dużej mierze stanowią trójmiejskie kluby, więc bardzo często słyszę, że jesteśmy stolicą rugby. Dobrze, że tuż obok nas jest Arka i Lechia, bo to podnosi poziom rozgrywek. Nawzajem się nakręcamy i wszyscy tak naprawdę na tym zyskują.

Po tej inauguracji z Orkanem przyszło załamanie. Cztery trudne spotkania – dwa z Budowlanymi, dwa z Lechią. Nie udało wam się wygrać żadnego z tych meczów i momentami wasza gra wyglądała bardzo źle.

KC: Nasza gra w meczach z Lechią nie wyglądała dobrze. Mimo złego wyniku, drugie spotkanie przeciwko biało-zielonym nie wyglądało aż tak tragicznie jak to pierwsze. To wynik jednak idzie w świat i ja mimo kilku elementów, z których miałem być prawo zadowolony musiałem cały czas myśleć nad tym, jak grę naszego zespołu polepszyć. Lechia była wtedy bardzo mocna. Dobrze przygotowana i zdeterminowana, żeby wygrać z nami. My natomiast nie byliśmy w najlepszej dyspozycji, kilku zawodników z różnych powodów nie mogło grać, do tego doszły kontuzje i wyszło tak jak wyszło.

Zeszutek mówił, że macie kompleks Lechii.

KC: No dlatego tym bardziej zależało nam, żeby pokonać Lechię w meczu u siebie. Własne boisko – to przez cały sezon był nasz atut. Z Lechią w Sopocie zagraliśmy dobre spotkanie w defensywie. Do tego Wojtek Piotrowicz znakomicie kopał na słupy, piłka mu siedziała, co zdecydowało o tym, że to my zgarnęliśmy pełną pulę. Pokazaliśmy charakter, przełamaliśmy się i uwierzyliśmy, że jesteśmy w stanie powalczyć o medal.

Ale przełamanie nastąpiło już chwilę wcześniej. Pokonaliście Arkę w Gdyni, co w końcowym rozrachunku było niezwykle istotne. 

KC: Tamten mecz z Arką też miał swoją historię. Nigdy nie wygraliśmy na Stadionie Narodowym. Kiedyś na zapleczu Ekstraligi pokonaliśmy rezerwy Arki, ale to zupełnie co innego. To nas nakręcało, dodatkowo motywowało. W poprzednich spotkaniach gdynianie mieli problemy kadrowe, ale na decydujące spotkania tej kampanii ich forma była optymalna. Zapowiadał się dobry, wyrównany mecz. Wiedzieliśmy, że chcąc zdobyć medal musimy pokonać mistrza Polski.

Tamto zwycięstwo pomogło uwierzyć we własne umiejętności?

KC: Na pewno tak. Ja w moich chłopaków wierzyłem zawsze. W sporcie łatwiej jest gonić, niż bronić się przed atakami rywala. My nie mieliśmy tak naprawdę nic do stracenia. Stanęliśmy w szatni i powiedzieliśmy sobie, że to jest ten moment. Że dziś jest dzień, w którym mamy zrobić coś wielkiego. Bo jeżeli nie dziś, to kiedy? Więcej taka sytuacja może się nie powtórzyć.

Po meczu finałowym Michał Faran napisał na mojej stronie artykuł, że Ogniwo zostało największym wygranym tego sezonu w Ekstralidze. Zgodzisz się z tym?

KC: Ciężko jest mi się wypowiadać na ten temat będąc trenerem Ogniwa, ale dla mnie moja drużyna jest zwycięzcą. Chłopacy potrafią słuchać, myślą na boisku, graja mądre, taktyczne rugby na dobrym poziomie i dzięki temu udało się zdobyć ten medal. Czy największym zwycięzcą? Niech to oceni kto inny, ktoś, kto na to wszystko patrzy z boku i jest bezstronny. Ja jestem dumny nie tylko z osiągniętego sukcesu, ale i ekipy, która ten brązowy medal zdobyła.

Dla wielu chłopaków był to sezon życia?

KC: Na pewno tak. Rugby w Polsce to wciąż sport amatorski i pomiędzy pracą, szkołą, uczelnią, obowiązkami rodzinnymi i życiem prywatnym każdy włożył wiele serca w to, żeby to wszystko miało ręce i nogi. Więc natłok tych wszystkich spotkań, średni początek, potem zwycięstwo z Budowlanymi, lekkie załamanie by na końcu bić się w heroicznym boju o medal z Arką zostanie na długo zapamiętane. Sezon długi, trudny, pełen przeszkód, ale to właśnie piękno rugby. Dla takich momentów warto żyć i wychodzić po raz pierwszy na trening.

Proszę powiedzieć, co dalej? Najgorsze co może spotkać sportowca, który odnosi spektakularny sukces to życie wspomnieniami i ciągłe wracanie do tego, co było. Już niedługo rozgrywki wznawia Ekstraliga i trzeba od nowa walczyć o kolejne laury.

KC: Zdobyliśmy brązowy medal i zdaję sobie sprawę z tego, że jak teraz zajęlibyśmy czwarte czy piąte miejsce, to ludzie by to przyjęli jako porażkę. Należy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to medal jest najważniejszy. Teraz był ważny, bo Ogniwo ponad 10 lat medalu nie zdobyło. Obecnie jednak, gdy jesteśmy brązowymi medalistami mistrzostw Polski możemy na to wszystko spojrzeć z trochę innej strony. Nie mamy obsesji na punkcie medalu. A to może nam wyjść jedynie na dobre.

Czego życzyć?

KC: Żeby nie było kontuzji, chociaż tego najprawdopodobniej nie da się uniknąć. Drobne urazy i tak będą – jestem o tym przekonany. Ale gdy zaczyna się nowy sezon, a nam wypada cała trzecia linia, to to widać i nie sposób te braki zatuszować. Mamy swój styl, więc jeżeli zdrowie chłopakom będzie dopisywać, to powinno być dobrze. Jestem w dobrej myśli.

Proszę mi na koniec odpowiedzieć jednym słowem. Po następnym sezonie spotkamy się w tym samym miejscu i podsumowujemy kolejny sezon, w którym Ogniwo zdobywa medal mistrzostw Polski. Zgadzasz się?

KC: Tak.

Ok, jesteśmy umówieni:)

 

 

 

 

KOMENTARZE