Pięściarz będzie boksował, a nie walczył w MMA – brawo, zmądrzał – dobra decyzja! Środkowy pomocnik poda prostopadłą piłkę do swojego kolegi na szpicy – ale super, ten to ma łeb! Skoczek narciarski założy dwie jednakowe narty i wybije się z progu – super, ale mamy mądrych reprezenantów!

Chwalimy. Non stop chwalimy. Każdego, za byle co. Gdy Grzegorz Krychowiak zagrał poprawny, choć zremisowany mecz w West Bromwich Albion, ale popisał się znakomitym podaniem, z którego nie padł gol – eksperci przy studyjnym stoliku mieli temat na kilka dni – brawo, ten Krychowiak to jednak się nie poddaje. Artur Szpilka nawygadywał głupot podczas wywiadów, zrobił z siebie błazna, odepchnął błagającego o tlen aktora na krzesełku, po czym stwierdził, że jednak chce dalej boksować – super, nawrócił się, stary dobry Artur. Ludzie, lodu, nie żartujmy z poważnych sportowców. Krychowiak podczas siedemnastu występów asystował tylko raz, Szpilka będzie prawdopodobnie robił to, co potrafi najlepiej, a być może to, co tylko potrafi. My jednak klaszczemy na zawołanie i jesteśmy naprawdę dumni, że naszym sportowcom dobrze się wiedzie.

Mam czasami takie wrażenie, że byle co wystarczy, aby zostać zauważonym. Odchodzimy od czasów, gdy praca u podstaw i wyrzeczenia się liczą, prawdziwy sukces jest doceniony, a medal w sporcie mało popularnym ceniony. Dziś ważny jest kicz, najlepiej trochę zamieszania, dziennikarskie opakowanie, które będzie tak agresywne, że aż niesmaczne oraz… kliki. Wszędzie kliki – jeden za drugim.

Byłem ostatnio na spotkaniu w Polskim Komitecie Olimpijskim, gdzie był Marek Plawgo – trzeci zawodnik lekkoatletycznych mistrzostw świata na 400 m przez płotki z 2007 roku. Znakomity sportowiec, jeden z dwóch naszych medalistów podczas tamtej imprezy. Przewinęło się podczas tego dużego wydarzenia mnóstwo dziennikarzy, którzy codziennie szukają tematów. Szperają po zagranicznych stronach, przeglądają Twittera, wertują po prześmiewczych fan page’ach w celu znalezienia czegoś do opublikowania u siebie. Do Marka nie podszedł nikt – stał ze znajomymi, popijał kawę. A przecież jeszcze w sierpniu cała Polska zachwycała się tym, jak ładnie poszło naszym zawodnikom podczas mistrzostw świata, wcześniej w hali również błyszczeliśmy, gdy udawało nam się wygrać europejską drużynówkę. Marka można zapytać, by skomentował, by podsumował, by przewidział, co wydarzy się w 2018 roku. Można do niego zadzwonić, umówić się na kawę. Pogadać o czymś, w czym nam idzie, co nas interesuje. Ale nie, zapomniałem – to się nie kliknie. Jego profil na Facebook’u nie liczy nawet czterech tysięcy polubień. A Plawgo był dobry, ale w 2007 roku…

Jest natomiast czas na to, by cytować Szpilkę, gdy ten je zupę pomidorową i coś chlapnie jęzorem, jest miejsce w gazecie na 500 słów, by napisać, że Karol Linetty wszedł w Sampdorii na boisko i trzy razy podał celnie do swojego kolegi. Jest miejsce na laurkę dla Kamila Grosickiego, który regularnie melduje się na boisku od pierwszej minuty w 20. ekipie angielskiej drugiej ligi i obiecująco zaczyna wyglądać wciąż młody Patryk Lipski, który ani razu nie rozegrał jeszcze naprawdę dobrego meczu, nie zadebiutował jeszcze w dorosłej reprezentacji i w czerwcu zdmuchnie świeczki dopiero po raz 24.

Przeglądam niektóre portale i jestem w szoku, jak duże zainteresowanie wzbudze coś, co naprawdę nie ma dla sportu żadnego znaczenia. Jak wiele osób interesuje się głupotami, rozdmuchuje minisukces i przeobraża go w naprawdę spore osiagnięcie. Jak niewiele trzeba, by ktoś kliknął i jak łatwo jest wmówić szaremu Kowalskiemu, że asysta autorstwa środkowego pomocnika to naprawdę jest spore osiągnięcie.

Nie podniecajmy się byle czym, nie chwalmy za normalność, nie dziękujmy komuś za to, że zrobił coś, co należy do jego obowiązków. To minimalizm, droga donikąd. Napisałem to już dawno temu i chyba warto do tego wrócić: nikt nie chwali stażysty w Przeglądzie Sportowym za to, że ten mówi na korytarzu „dzień dobry” do swojego szefa. Tak po prostu jest i już – ot, normalność od dawien dawna.

W razie czego Marek Plawgo odbiera telefon. Kawał sportowca swego czasu.

KOMENTARZE