Michał Wlazło. Człowiek o wielu zainteresowaniach, który mimo tego, że MMA traktuje jako hobby, przykłada się do każdego treningu na 100%. O przełomowej gali w polskim MMA i o pierwszych spodenkach importowanych z Tajlandii. O podróżach do Krakowa i plastikowym medalu przyznawanym za zdobycie Pucharu Polski. O roli eksperta w Wirtualnej Polsce i przerzucaniu węgla na kilka godzin przed walką. W skrócie – ciekawy wywiad z jednym z najlepszych ciężkich w naszym kraju. Zapraszam!

 

Widziałem, że byłeś na ostatniej gali FEN. Jak Ci się podobało?

Michał Wlazło: Bardzo mi się podobało. FEN cały czas trzyma dobry poziom walk. Może nie było tym razem wielkich nazwisk, ale sama gala i pojedynki na pewno wszystkim się podobały.

Nie ciągnęło Cię do klatki?

MW: Nie wiem, chyba nie. Na pewno walczenie podczas takiej gali, a oglądanie jej z perspektywy trybun, to dwie zupełnie różne rzeczy. Gdy mam świadomość, że wieczorem wychodzę do klatki, to koncentruje się na swoim przeciwniku i do hali przyjeżdżam lekko zdenerwowany. Oczekuję już tylko na pierwszy gong. Gdy, tak jak w sobotę, po prostu pojawiam się, by zobaczyć jak radzą sobie inni, to po prostu miło spędzam czas oglądając MMA. To dwa zupełnie inne rodzaje uczuć i emocji.

Ilu podczas tej gali dostrzegłeś dobrych zawodników? Sam trenujesz, długo już siedzisz w sportach walki i potrafisz ocenić, czy ktoś jest bardzo dobry, średni, czy słaby.

MW: Trudne pytanie. Wiele walk, nawet już tych początkowych, stało na dobrym poziomie. Nie każdy zawodnik, który walczył w jednej z ostatnich pojedynków był na przykład znakomicie przygotowany kondycyjnie. To jednak jest sport i tu nawet coś na pozór tak błahego, jak dyspozycja dnia może mieć decydujący wpływ na losy rywalizacji. Wracając do pytania – ilu widziałem dobrych zawodników? Nie wiem, kilku. Trudno mi powiedzieć, jaka to jest dokładnie liczba.

Pytam, bo w jednym z wywiadów powiedziałeś, że nie będziesz nikogo próbował czarować, że Twoim celem jest UFC lub mistrzostwo świata. Jestem ciekawy, jak oceniasz lepszych od siebie i kto twoim zdaniem jest przed tobą.

MW: Jest bardzo dużo dobrych zawodników w kategorii ciężkiej, którzy mają znakomite zaplecze do treningów. W Warszawie, Olsztynie czy Szczecinie naprawdę jest wielu chłopaków do treningu i nie ma takiej sytuacji, z którą ja się wielokrotnie muszę mierzyć, że sam muszę szukać sobie sparingpartnerów. W Gdańsku nie ma zbyt wielu chłopaków w mojej wadze, więc często jestem zmuszony rozglądać się gdzieś dalej od domu, co z kolei generuje wyjazdy.

W tej samej rozmowie wielokrotnie powtarzałeś o szacunku do rywala.

MW: Bo szacunek musi być zawsze. Trzeba być pewnym siebie, bo bez tego w sportach walki sukces nie jest możliwy, ale trzeba mieć spoko pokory i szacunku względem oponentów. Bycie showmanem na pewno nie pomaga w oktagonie.

rfx1

Łukasz Jurkowski powiedział mi kiedyś, że poziom wagi ciężkiej w Polsce pokazuje, jak daleko jesteśmy jeszcze za tymi najlepszymi na świecie. Ty mówisz natomiast, że u nas w kraju jest dużo dobrych zawodników. Czy to przypadkiem nie jest trochę mydlenie oczu?

MW: Polscy ciężcy, którzy walczą poza ojczyzną, są na pewno na bardzo dobrym poziomie, a świadczą o tym chociażby ich rekordy, które mimo bicia się z najlepszymi na świecie prezentują się bardzo przyzwoicie. UFC jednak to trochę inna bajka. Wyższy level. Top topów. Tam biją się najlepsi i trudno byłoby mi się zestawiać z takimi zawodnikami. Jeśli chodzi o wagę ciężką w Polsce, to myślę, że plasuję się w pierwszej dziesiątce. No może w najlepszej dwunastce.

Jeszcze parę lat temu to tylu zawodników w wadze ciężkiej w Polsce w ogóle nie było. Mówię o czasach, w których chociażby ty zaczynałeś trenować.

MW: To na pewno. Z perspektywy czasu uważam, że to były zupełnie inne czasy. Nikt w naszym kraju nie miał pojęcia o MMA, zaledwie kilka osób znało tę dyscyplinę sportu i wiedziało, jakie są jej zasady. Nie było opinii w internecie na ten temat ani świadomości, że daną akcję można skończyć w ten lub w inny sposób. Nie było zawodów w mniejszych miastach, gdzie można było zmierzyć się z innymi zawodnikami.

W ogóle były jakieś gale?

MW: Moje pierwsze zawody odbywały się w Krakowie, gdzie musiałem dojechać z Gdańska. Podróż trwała kilka ładnych godzin pociągiem, a w nagrodę otrzymałem koszulkę i dyplom lub plastikowy medal. To nie była byle jaka gala – to był Puchar Polski. Potem ta sama podróż w drugą stronę dłużyła się jeszcze bardziej, bo miałem tak spuchniętą nogę, że nie mogłem jej włożyć do buta. Kupowałem różne maści, które też nie kosztowały mało i gdy podsumowywałem taki wyjazd, to wyszło mi minus kilka stów plus kontuzja, przez którą nie mogłem trenować dwa kolejne tygodnie. Realizowanie swoich ambicji kosztowało każdego z nas wiele wyrzeczeń i poświęceń.

Ktoś rozumiał w ogóle waszą zajawkę? Rodzina, znajomi? Nie było z tego kasy, a to szczególnie u młodych chłopaków, ma spore znaczenie.

MW: Trudno jest mi się wypowiadać za wszystkich chłopaków, ale ja robiłem to tylko i wyłącznie dla siebie. Byli zawodnicy z innych państw, którzy osiągali sukcesy i każdy chłopak z czasem zaczął śledzić ich walki i przyglądać się wnikliwiej ich karierze.

Czyli samodyscyplina.

MW: Bez tego na pewno nikt na takie zawody by nie przyjechał. Teraz pojawiają się sponsorzy, telewizja. Nawet młody zawodnik ma świadomość tego, co dzieje się w MMA i to nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Kto z kim wygrał i jaka akcja przyniosła mu zwycięstwo. Mieliśmy w sobie dużo ambicji, bo każdy chciał wygrywać. Mimo że takim małym sukcesem nie można było się podzielić z wszystkimi, bo nie każdy wiedział, czym się zajmujemy.

Do tego nie mieliście profesjonalnego sprzętu, który teraz młody chłopak dostaje z klubu na dzień dobry lub może za kilka groszy kupić w sklepie sportowym.

MW: Tak jak ci powiedziałem – jechaliśmy przez pół Polski po koszulkę, z której każdy człowiek się cieszył i z której był dumny. Kiedyś marzyłem o tym, by mieć profesjonalne spodenki do Muay Thai. Gdy już sprowadziłem je z Tajlandii, to byłem szczęśliwy, że w końcu mam sprzęt, który choć w jakimś stopniu ułatwia mi treningi.

Inne czasy.

MW: Dokładnie. Właśnie przypomniała mi się pewna historia, jak o godzinie 14 w sobotę podczas zrzucenia węgla do piwnicy dostałem telefon, czy nie chcę zawalczyć wieczorem na gali. Nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, że pojedynek odbywał się w Niemczech. Nie pamiętam dokładnie gdzie, ale jakieś 700 kilometrów od domu. Pojechałem do Gdańska samochodem, przesiadłem się w inne auto i stamtąd już prosto na halę. Nie zdążyłem się nawet rozgrzać, bo byłem spóźniony i tylko nasmarowali mnie olejkiem i wyszedłem do ringu. Stoczyłem wtedy jedną z najlepszych walk i wygrałem z lepszym od siebie zawodnikiem. W drugiej rundzie kopnąłem go w łokieć i spuchła mi noga, przez co dwa tygodnie nie mogłem chodzić. Ale byłem wtedy tak naładowany, że nic mnie nie bolało. Dopiero później, gdy adrenalina puściła zobaczyłem, jak wygląda moja łydka.

jozwiak1

Czyli pełna profeska.

MW: Dokładnie (śmiech). Mimo zwycięstwo potem już takich zachowań nie praktykowałem.

Dużo osób w Polsce utrzymuje się z MMA? Bo zawodników się w ostatnim czasie namnożyło, ale nie każdy może być najlepszy.

MW: Tak naprawdę niewielu jest zawodników, którzy utrzymują się tylko z MMA. Ci najlepsi oczywiście tak, bo mają zawodowe kontrakty, na mocy których dobrze zarabiają. Ale to dotyczy tylko tych na topie. Reszta musi wykonywać różne dodatkowe zajęcia, które pozwalają im zarobić pieniądze. Dla mnie MMA to już jest hobby. Mam normalną pracę, rodzinę, swoje obowiązki i między innymi dlatego nie walczę już cztery/pięć razy w roku, tylko dwa. Trochę już w sportach walki siedzę i sporo już zdrowia w klatce czy w ringu zostawiłem. Nie można się całe życie tłuc, bo na starość pojawią się problemy. Wracając do pytania – na MMA dobrze zarabiają w naszym roku najlepsi. Jeżeli ktoś nie jest najlepszy, a chce zarabiać, to musi zapisać się na piłkę nożną.

Szyderka?

MW: Trochę tak, ale zawsze z lekką szyderką wypowiadam się na temat piłkarzy, bo denerwuje mnie jak oni mając świadomość tego, że na stadionie jest kilkanaście kamer dostają lekko w nogę, a łapią się za głowę i nie mogą się podnieść. To mnie wkurza. Jeżeli chodzi o samą dyscyplinę sportu i poziom treningów, to podziwiam wielu chłopaków, bo to nie jest takie łatwe, jak się niektórym wydaje. Zawodnik z I lub II ligi jest już uważany jednak za zawodowca i dzięki uprawianiu sportu zarabia pieniądze. W innych dyscyplinach to nie jest takie proste.

Czyli jesteś świadomy jak to wszystko działa. Często młodzi zawodnicy chodzą z głową w chmurach i liczą na nie wiadomo jakie pieniądze po kilku wygranych pojedynkach.

MW: Trzeba twardo stąpać po ziemi i zawsze realnie patrzeć na życie, a nie wierzyć we wszystko i mieć nadzieję, że MMA będzie łatwym sposobem na zarabianie dużych pieniędzy. Jestem w tym środowisku bardzo długo i wiem jak to działa.

Powiedziałeś o MMA, jako o hobby, ale ostatnio na Facebooka wrzuciłeś filmik, jak trenujesz o 6:30 rano. Potem próbowałem do ciebie zadzwonić chwilę po 21, to powiedziałeś, że jutro do mnie oddzwonisz, bo zaraz idziesz spać. Czyli MMA, to nie zwykłe hobby. Traktujesz to na serio.

MW: Jak już coś robię, to robię to na 100%. Codziennie rano trenuję, wieczorem może już nie codziennie, ale też mam swoje zajęcia i prowadzę treningi personalne, więc dzień mam bardzo długi i intensywny. O 22 idę już spać, bo muszę się zregenerować i odpocząć. Nie mogę sobie pozwolić na sytuację, w której pojadę na walkę, dostanę raz w głowę i przegram przed czasem.

To prawda, że w znacznym stopniu przyczyniłeś się do promowania w Polsce sportów walki? Mówię o założeniu swojego profilu w mediach społecznościowych. Byłeś jednym z pierwszych zawodników, który zdecydował się na ten krok.

MW: Nie wiem, czy przyczyniłem się to promowania sportów walki, ale na pewno już bardzo dawno temu założyłem swój fan page na Facebooku i wrzucałem na niego różne informacje, które z czasem miały pomóc mi w byciu rozpoznawalnym. Na początku wiele osób się śmiało, że zamiast zająć się treningiem, to próbuję stać się gwiazdą, która nosi wysoko podniesioną głowę. Już wtedy wiedziałem jednak, że moja rozpoznawalność i „popularność” jest w stanie zapewnić mi coraz większe pojedynki, a co za tym idzie – również większe pieniądze. Wydawało mi się to oczywiste, że organizator gali mając do wyboru dwóch zawodników o zbliżonym poziomie sportowym zdecyduje się wybrać tego, który pomoże mu sprzedać większą ilość biletów. Na pojedynek którego przyjdą kibice, którzy będą go wspierać.

To oczywiste.

MW: Już dużo wcześniej obserwowałem, jak zawodnicy robią to w Stanach. Sam widzisz, że ostatni tydzień przed galą jest w dużej mierze poświęcony mediom i zawodnicy jeżdżą z telewizji do radia, by zareklamować gale. Każdy ma swój profil na Facebooku, Twitterze i Instagramie, by pokazać kibicom możliwie jak najwięcej i zachęcić ich do obejrzenia w domu lub kupienia biletu na gale. Pojawiają się dzięki sponsorzy, którzy pomagają w okresie przygotowań do gali i płacą określoną pulę pieniędzy za ulokowanie ich produktu. Z samej gaży zawodnik się nie utrzyma – nie ma szans.

Nie wstydziłeś się prowadzić tego Facebooka?

MW: Na początku była pełna szydera ze strony kolegów, ale z czasem każdy z nich zaczął robić to samo, bo wszyscy zauważyli, że to przynosi efekty i zmierza we właściwym kierunku. Tak nie tylko jest ze sportowcami, jako osobami, ale i całymi dyscyplinami sportu. Gdyby nie telewizja, skoki narciarskie tak szybko by się nie rozwinęły. Gdyby nie Polsat, to KSW czy FEN też nie byłyby tam, gdzie dziś są. Do tego dochodzi internet, który pomaga popularyzować sportowców i wszyscy na tym tylko korzystają.

Tej świadomości nie nauczyłeś się jednak zamykając się na informacje ze świata.

MW: Na pewno. Zawodnicy, którzy tylko chodzą na treningi i nie chcą zobaczyć nowych rzeczy, spróbować innych metod treningowych ani poznać nowych ludzi będą mieli ciężko rozwinąć się. Trzeba jeździć, próbować i otwierać się na nowe rozwiązania.

W ogóle fascynujące jest to, że twój fan page na Facebooku liczy więcej fanów niż Maćka Sulęckiego. On prawdopodobnie w ciągu dwóch lat będzie mistrzem świata w boksie – taką przyszłość przynajmniej wróżą mu eksperci.

MW: Nie wiem z czego to wynika. Na pewno nie z tego, że jestem gwiazdą. Może w niektórych kręgach jestem rozpoznawalny, ale bez przesady. Długo mam już swój profil, w międzyczasie stoczyłem wiele walk, zacząłem zajmować się Fight Football League i tych zajęć na różnych płaszczyznach było sporo. Wiele ludzi poznałem, stąd potencjalnych „fanów” też się z czasem nagromadziło.

fen-dosiad1

Raczej na brak zajęć nie narzekasz.

MW: Raczej nie ma przestojów w moim życiu. Ale powiem ci szczerze, że dobrze mi z tym – nie lubię być w miejscu. Lubię działać, rozwijać się.

Wspomniałeś o Muay Thai, a ja chciałbym zwrócić uwagę, że wielu zawodników wywodzi się właśnie z tej dyscypliny sportu. Muay Thai nie miało przyszłości w Polsce?

MW: Muay Thai było dla mnie lepsze od Kickboxingu, bo można było używać łokci i kolan, co jest bardzo ważnym elementem w MMA. Muay Thai nie miało w Polsce przyszłości, bo prawie w ogóle nie odbywały się gale w Polsce. Z czasem MMA zaczęło dominować i w całej Polsce organizowano imprezy, które przyciągały na hale publiczność.

Dało się na Muay Thai i Kickboxingu zarobić?

MW: Na pewno nie więcej niż na MMA. Dopiero w mieszanych sztukach walki zaczęły się pojawiać pieniądze. Może nie nie wiadomo jak duże, ale można było już parę groszy zarobić. Długo się przed MMA broniłem, bo zawsze preferowałem sporty walki, które rozgrywały się w stójce, ale co zrobić – rynek jest dynamiczny i wymaga zmian.

Nie chciałeś zająć się boksem?

MW: Nie, absolutnie. Ja wolę kopać, niż boksować. Nie było ani przez chwilę momentu, w którym zastanawiałem się nad boksem.

Gala, w której Pudzian debiutował w KSW była przełomowym momentem dla całej dyscypliny? Bo takie opinie bardzo często pojawiają się, gdy mówimy o początkach MMA w naszym kraju.

MW: Na pewno tak było i nie ma co na ten temat nawet próbować polemizować. Byłem wtedy na Torwarze i oglądałem ten pojedynek z wysokości trybun. Większość ludzi przyszła na halę dla Mariusza. Po jego pojedynku do oktagonu wychodził Mamed Khalidov, a ludzie opuszczali trybuny. Wiele osób zarzuca Pudzianowi, że nie jest on prawdziwym fighterem, bo wywodzi się z innej dyscypliny sportu. Prawda jest jednak taka, że to on przyciągnął ludzi przed telewizory i nie pozwolił im od nich odejść. To dzięki niemu przeciętny kibic poznał innych zawodników i miał okazję zaszczepić w sobie sympatię do mieszanych sztuk walki.

Obserwując wtedy Pudziana miałeś nadzieję, że twoja kariera też nabierze rozpędu?

MW: Nie myślałem nigdy tymi kategoriami. Nigdy nie miałem nawet menadżera, który dbałby o moje interesy i wszystkie kolejne walki organizowałem sobie sam. Wyszukiwałem rywali, negocjowałem kontrakty. Nie patrzyłem dzięki walce Pudziana na swoją karierę inaczej niż miało to miejsce przed nią.

Czy jeden z dwunastu najlepszych zawodników wagi ciężkiej w Polsce może osiągać sukcesy bez menadżera?

MW: Nie wiem jak to jest w przypadku młodych chłopaków, ale ja w tym sporcie siedzę już bardzo długo i od początku sam dbałem o swoje interesy. Poznawałem kolejnych ludzi, którzy w niektórych negocjacjach okazywali się być niezwykle pomocni. Do tego sprawę ułatwia mi również fakt, że w Polsce nie ma zbyt wielu zawodników w kategorii ciężkiej. Negocjacje takich pojedynków nie są aż tak mocno skomplikowane, bo wszystko rozgrywa się w gronie kilkunastu/kilkudziesięciu osób.

wlazlo-bitka1

Jak często planujesz teraz walczyć?

MW: W poprzednim roku walczyłem dwa razy i w 2017 ta tendencja powinna zostać podtrzymana. Nie planuję walczyć częściej.

No właśnie, a jak ty się czujesz w takiej sytuacji, jak miała miejsce w marcu 2016 roku, kiedy to tydzień przed walką zmieniają ci przeciwnika, a nowy na walkę w ogóle nie przyjeżdża? Czujesz frustracje czy podchodzisz do tego z dystansem?

MW: Zmienili mi przeciwnika tydzień przed walką i miałem zmierzyć się z kimś dużo bardziej doświadczonym od siebie. Może gość nie miał dodatniego rekordu, ale miał więcej wygranych niż ja stoczonych pojedynków ogółem. Nie przyjechał na pojedynek i to była jego wina. Organizator nie ponosi zupełnie żadnej odpowiedzialności za taką sytuację. Ja natomiast dostałem kasę za darmo, bez wychodzenia do klatki.

Dostałeś za ten pojedynek kasę? Czy organizatorzy kręcili nosem, że nie walczyłeś, wiec honorarium się nie należy?

MW: Dostałem kasę. Miałem podpisany kontrakt, walka nie odbyła się, ale nie z mojej winy, więc wypłacono mi moją gażę.

Z tych dwóch walk w 2016 roku jedną stoczyłeś w Rumunii w barwach organizacji RXF. Dostrzegasz różnice między tymi federacjami?

MW: Nie chciałbym mówić o podobieństwach i różnicach, ale rumuńska organizacja bardzo mi się podoba. Robią najlepsze gale w Rumunii, uczą się oprawy gali od KSW, ale pod względem organizacji plasują się również bardzo wysoko. Lubię dla nich walczyć, bo mam dzięki temu okazję poznać nowych ludzi i zobaczyć trochę świata. Hale są wypełnione do ostatniego krzesełka, kibice rozumieją MMA, więc moje wspomnienia z Rumunią są jak najbardziej pozytywne.

Poziom sportowy również jest podobny?

MW: Tak. Myślę, że tak. Świadczy o tym chociażby fakt, że dziewczyna, która reprezentowała tę federację ostatnio zadebiutowała w UFC. Tam również jest wielu zawodników, którzy się rozwijają i mogą odnosić sukcesy poza Rumunią.

Przeczytałem na forum taką opinię, że nie opłaca się tobie walczyć w Rumunii, bo po odliczeniu wszystkich kosztów zostaje ci bardzo mało pieniędzy. To prawda?

MW: W Rumunii zarabiam dużo lepiej niż w Polsce. Gaża za walkę jest dużo większa. Trochę mniej kasy jest ze sponsorów, bo żadna polska telewizja tego nie pokazuje. Zawsze jednak udaje mi się kogoś znaleźć i wychodzę na tym bardzo korzystnie.

Ale jak odliczysz sobie samolot, hotel, pobyt w Rumunii…

MW: Ale jakie ja tam ponoszę koszty? Wszystko mam zapewnione i załatwione – o nic nie muszę się martwić. To już nie te czasy, że zawodnik sam musi sobie opłacać dojazd czy hotel. Choć z tego co pamiętam, to za dojazd na zawody zawsze były zwracane pieniądze.

Interesujesz się w ogóle MMA? Bo zawodnicy dzielą się na tych, którzy czytają o wszystkim i mają w głowie dużo nazwisk oraz anegdotek i na takich, którzy tylko walczą. Jak to jest u Ciebie?

MW: Nie interesuję się jakoś zbytnio MMA. Gal w ogóle nie oglądam i nie wyobrażam sobie czekać do 5 rano, by obejrzeć UFC – nic z tych rzeczy. FEN oglądam, bo reprezentuje tę federację, KSW również, bo to zawsze jest fajne wydarzenie. Nie jestem jednak w stanie dużo powiedzieć o poszczególnych zawodnikach. Lubię się bić, lubię jeździć na gale, ale nie jaram się tym tak bardzo, jak wielu moich kolegów po fachu.

Odnajdywałeś się w roli eksperta w Wirtualnej Polsce? Praca w mediach dla wielu sportowców jest alternatywą po zakończeniu kariery.

MW: Bardzo się cieszyłem, że dostałem od WP taką propozycję i pisałem co tydzień swoje opinie na temat poszczególnych zawodników i ich walk, ale w tamtym akurat okresie nie miałem zbyt wiele czasu, by się tym zajmować. Walk było dużo więcej i obowiązków też nagromadziło się całkiem sporo.

wlazlo-jozwiak-borek1

Spotkałem się z opinią, że na temat MMA wypowiada się gość, który nie jest najlepszy w Polsce. Niektórzy podważali po prostu twój autorytet. Też się z tym spotkałeś?

MW: Nie, nie docierały do mnie takie opinie. Uważam, że nie trzeba być najlepszym, by móc się na dany temat wypowiedzieć. Ważniejsze jest to, co mówisz i w jaki sposób to robisz. Nie każdy znakomity piłkarz jest później znakomitym trenerem. Nie każdy ekspert w telewizji sam odnosił spektakularne sukcesy w danej dyscyplinie sportu.

Powiedz mi na koniec, jak to się stało, że ty nie udzieliłeś jeszcze żadnego dużego wywiadu? Czytałem kilka rozmów z tobą i wszystkie ocierały się o banał. – Czemu wygrałeś? Bo byłem lepszy! I tak dalej. Z tobą można umówić się i porozmawiać bez żadnego problemu.

MW: Nie wiem, chyba nikt nigdy nie złożył mi takiej propozycji, bym udzielił długiego i szczerego wywiadu. Dziennikarze przeważnie chcą rozmawiać przed pojedynkiem, ale ja wtedy nie bardzo lubię gadać, bo koncentruję się na swoim przeciwniku. Po walce natomiast jest kilku dziennikarzy, którzy podstawiają mikrofon i zadają zbiorowe pytanie, które przeważnie za każdym razem dotyczy tego samego. Gdy natomiast dostawałem pytania na maila, to były to przeważnie banalne zagadnienia, na które odpisywałem zdawkowo i nie przywiązywałem do tego specjalnej uwagi.

A gadać to z tobą można akurat. Nie tylko o MMA.

MW: Nie wiem, to już twoja opinia:)

rugby

 

 

 

 

FOTO: Zdjęcia użyte do wywiadu pobrane za zgodą autora z jego oficjalnego profilu na Facebooku: https://www.facebook.com/Wlazlo.Michal/

KOMENTARZE