Rzadko się zdarza, a kto wie, być może nawet i w ogóle się nie zdarza, żeby tak wiele uwagi było poświęcone partnerowi sportowca. Zwykle jest on w cieniu, każdy wie o jego istnieniu, kibice oraz dziennikarze odnotowują fakt, że jest druga połowa, ale zawsze pełni ona funkcję „uzupełniającą”. Gdy sukcesu nie ma, to ona stoi grzeczniutko na paluszkach i wspiera ile można. Gdy sukces przychodzi to trzyma w ryzach i robi wszystko, by chwała i zwycięstwa trwały jak najdłużej. By dobry moment nie był tylko momentem, triumf potrafił przerodzić się w triumfy, a przygoda w spektakularną karierę.

I sprawa generalnie jest prosta, nie tylko w sporcie – partnerzy wspierają się niezależnie od tego, czy dzieje się dobrze, czy też nie. W sporcie sprawa jest o tyle szczególna, że piłkarze czy pięściarze są tzw. osobami „publicznymi”. Czyli panią prezes banku, na której głowie spoczywa mnóstwo obowiązków i która jest w pewnych kręgach bardzo szanowaną osobą, „ogląda” z bliska kilkadziesiąt-kilkaset osób – głównie jej pracownicy, ludzie z otoczenia, podwładni. Piłkarzy śledzi w mediach społecznościowych kilkaset tysięcy fanów, a w telewizji ogląda nawet kilka milionów ludzi.

Czyli jeżeli pani w banku walnie byka, na czym firma straci, to wie o tym kilkadziesiąt osób, z czego pewnie nie wszyscy wiedzą, że byk to byk – nie mają o tym pojęcia. Gdy piłkarz źle poda, nie strzeli, bramkarz nie obroni itp. – wie o tym każdy, bo każdy przy pomocy komentatora wie, że ten i ten się nie nadaje i dał dupy.

Rzadko się zdarza, by dyskutując o sportowcu tak bardzo skupiać się na jego partnerze. Pamiętacie Adama Małysza i jego sympatyczną żonkę, Izę, nie? Była? No była, ale czy coś o niej możemy powiedzieć? No nie, sympatyczna, chyba w porządku, cicha, skromna, dobra duszyczka – założę się, że takie mogą być pierwsze skojarzenia na jej temat. A Mariolę Gołotę pamiętacie? Bardzo mądra, inteligentna kobieta, dzięki której Andrzej jest teraz bogatym i ustawionym do końca życia człowiekiem. Która wspierała go, gdy było ciężko (miała kiedy wspierać) i w każdej sytuacji stanowiła wsparcie dla sportowca, którzy przez długie lata był na świeczniku. Gdybyśmy zostali zapytani o zdanie na temat Marioli, to pewnie znowu byłyby to przychylne recenzje i raczej nic negatywnego na jej temat nie można powiedzieć.

I teraz mamy Grzegorza Krychowiaka i jego dziewczynę, Celię Jaunat, z którą pomocnik West Bromwich Albion zna się już od wielu lat. Po przygodzie, którą Grzesiu przeżył w Paryżu i po wszystkich zdjęciach na Instagramie z pięknych i malowniczych krain tego świata, piłkarz reprezentacji Polski wylądował w liczącym  137 tysięcy mieszkańców West Bromwich, które jest trochę większe od Grudziądza, a sporo mniejsze od Olsztyna. I wiele osób zamiast mówić o tym, że Krychowiak idzie grać w piłkę do Premier League, dyskutuje, że już nie będzie pił codziennie kawy pod Wieżą Eiffla i na zakupy będzie musiał latać samolotem, a nie chodzić w klapkach do galerii handlowej, która znajduje się czterysta metrów od domu.

Mamy sytuację, o której naprawdę nie słyszałem jeszcze w profesjonalnym sporcie. Jest gość, który ma pieniądze i który znajduje się niewątpliwie na wysokim poziomie sportowym, a który – przynajmniej według wielu osób i wielu źródeł – sterowany jest przez kobietę, dla której ważniejsze od goli i wygranych meczów są błyskotki, świecidełka i fotki na Instagramie.

Nie znam Grzegorza Krychowiaka, nie rozmawiałem z nim nigdy o tym, jaki wpływ na jego karierę ma jego życiowa wybranka. Gdzie jednak bliżej przystawić ucho, to można usłyszeć, że to nie są tylko spekulacje dziennikarzy i biadolenie kibiców, ale naprawdę zjawiska, które w jego życiu są regularnie obserwowane. Podejmując każdą decyzję Krychowiak patrzy na Celię (to dobrze), której – przykładowo – Manchester United, czyli sportowo znakomity klub, może się nie podobać, bo to tylko Anglia i tylko Manchester, a nie aż Mediolan i aż Inter Mediolan. Grzesiek natomiast z tym zdaniem się na tyle liczy i tak bardzo słucha „głosu rozsądku”, że w jego głowie pojawia się bałagan – doskonale wie, że nie podejmie nigdy decyzji, która będzie w pełni spełniała obie strony – jego i Celię.

krycha1Pojawia się problem, bo Grzesiek stoi w rozkroku. Ceni sobie życie prywatne (znowu – bardzo dobrze), ale podejmuje decyzje, które albo trochę popsują te relacje, albo postąpi tak, że z Celią będzie układało się znakomicie, ale jego ambicje będą wyraźnie kulały.

Jak się pewnie domyślacie – w Anglii to raczej ambicje wybranki będą wyraźnie nadszarpnięte.

Wielokrotnie rozmawiałem z różnymi sportowcami na temat ich partnerek i relacji, które panują w domu przy stresie i tym wszystkim co towarzyszy profesjonalnemu sportowi. Na wywiad z Jankiem Błachowiczem przyszła też jego dziewczyna, a dziś już narzeczona – Dorota. Rozmawialiśmy długo, poruszyliśmy wiele tematów. Tam na pewno jest współpraca i tam na pewno każdy temat zmierza w tym samym kierunku. Interes jednostki staje się interesem ogółu, para gra do jednej bramki, mały sukces, odniesiony indywidualnie nie cieszy, bo nie ma prawa cieszyć. Zapytałem: Janek, Dorota pomaga, przeszkadza, jak to jest? Odpowiedział, że nie zawsze jest lekko, bo w grę wchodzi stres, problemy zdrowotne, adrenalina, nie ukrywajmy, również i pieniądze, które mogą popsuć wszystko. Gdzieś na końcu jednak Janek czuje oparcie, pomoc, najzwyczajniej w świecie wie, że może pogadać, kiedy tego potrzebuje i pomilczeń, gdy tego wymaga sytuacja. Gdyby w domu były problemy i trwały kłótnie? Pewnie spokoju byłoby mniej, a chwila „wyciszenia” byłaby chwilą „zagotowania”, gdyż obok pewnych spraw nie można przejść obojętnie. Z pewnością to, że Dorota wiele rozumie i sporo wybacza POMAGA Jankowi osiągać sukcesy i rywalizować w najlepszej federacji mieszanych sztuk walki na świecie.

Poznałem Macieja Sulęckiego, z którym mam bardzo dobry kontakt. Poznaliśmy się w styczniu, kiedy jego partnerka była w ciąży. Rozmawialiśmy o sporcie, ale siłą rzeczy nie sposób było ominąć temat przyszłego dziecka, bo dla każdego faceta jest to spore wydarzenie. Po urodzeniu córki znowu rozmawiałem z Maćkiem – był zachwycony. Złapaliśmy się chwilę po walce, którą zresztą wygrał i po omówieniu pojedynku przyznał, że nie może się już doczekać, kiedy wróci do domu i spotka się ze swoimi kobietami (dziewczyna i córka). Był zachwycany, fruwał dziesięć centymetrów nad ziemią, nie chciał gadać o boksie – interesowała go tylko córka. Był szczęśliwy, że ma gdzie wracać, a jeszcze bardziej cieszyło go to, że nie tylko w sporcie mu się rewelacyjnie układa, ale i w domu wszystko jest na swoim miejscu. Miał pełne wsparcie, czuł zrozumienie i potrzebował się zrewanżować, że „przez ostatnie trzy tygodnie nie mógł pomagać przy dziecku tak jak chciał”.

Rozmawiałem z Tomaszem Majewskim, dwukrotnym mistrzem olimpijskim w pchnięciu kulą. Przyznał już po zakończeniu kariery, że nie wróci już nigdy do koła, bo nie chce tego robić. Swoje sukcesy upatrywał gdzie? W rodzinie i żonie, którzy stanowili dla niego wsparcie. Życiowa partnerka trzymała go w ryzach i gwarantowała spokój. Nie musiał z nią rozmawiać o sporcie i która stanowiła dla niego odskocznię od siłowni, kuli i morderczych treningów. Umiał pogodzić jedno z drugim, dzięki czemu – jak sam uważa – osiągał tak znakomite sukcesy.

Piotr Lisek – wicemistrz świata z Londynu. Na pytanie, czy nie boi się, że kiedyś „straci kontakt z bazą”, odpowiedział wprost: moja żona mi na to nie pozwoli, szybko mnie „zgasi”. Chłopak skacze 6 metrów, ma dwa medale mistrzostw świata, mógłby nie robić już nic do końca kariery, a i tak będzie uznany za wybitnego sportowca. I co? Żona trzyma go cały czas w pionie i jej imię zostało podczas wywiadu częściej wymienione niż „tyczka” i „sukces”.

lisek2

Macie cztery przykłady bardzo dobrych sportowców, którym druga połowa pomaga. Wspiera, stanowi oparcie, podpowiada, doradza i robi wszystko, by kariera sportowa układała się jak najlepiej. Te osoby mają trudno, naprawdę mają przekichane – słuchają bardzo często o rzeczach, o których nie mają pojęcia. Wchodzą w świat, w którym jest mnóstwo niejasności, problemów, kontuzji, wyjazdów, tęsknoty, pewnie i zazdrości, nawet pieniędzy, które potrafią stwarzać problemy. A mimo wszystko robią wszystko, biegną często po trzecim torze nadrabiając na zakrętach, żeby to wszystko miało ręce i nogi. Potem, na końcu, mają swój udział w tym, że sukces był sukcesem i że maksymalny pułap został osiągnięty mimo przeciwności losu i przeszkód, które stały na drodze.

Nie można się posługiwać stereotypami, bo to głupie, trywialne i nie na miejscu. Pytanie, czy mając „hamulcowego” można dojść daleko, na sam szczyt. Czy przypadkiem kraina mlekiem i miodem płynąca będzie stacją docelową dla obu stron i czy na koniec kariery Krychowiak będzie potrafił z czystym sumieniem powiedzieć, że więcej się z tego wycisnąć nie dało.

 

KOMENTARZE