Środkowy napastnik to z pewnością najbardziej pożądana pozycja na boisku piłkarskim. Lepiej mieć przecież w swoim zespole światowej klasy napadziora, niż światowej klasy lewego obrońcę lub nawet skrzydłowego. To przecież „dziewiątka” zdobywa gole, wygrywa mecze, decyduje o tytułach, chwale…

Ostatnio, w spotkaniu Bayernu Monachium z Realem Madryt, tym pierwszym rozgrywanym w Niemczech, Bawarczykom bardzo brakowało środkowego napastnika. Pod nieobecność Roberta Lewandowskiego, który gra praktycznie w każdym meczu od deski do deski, Bayern miał problemy z konstruowaniem akcji. Niby najbliżej bramki Realu grał inny piłkarz, który potrafi zdobywać gole (Muller), ale powiedzmy sobie szczerze – to nie jest klasyczny środkowy napastnik. Zawodnik strzelający gole – tak. Umiejący się znaleźć w polu karnym – owszem. Mający nosa w szesnastce – oczywiście. Ale to nie jest „dziewiątka”. Muller znakomicie uzupełnia się z drugim napastnikiem, idealnie wkomponowuje się w styl gry Bayernu, ale gdy zostaje sam, jako najbardziej wysunięty piłkarz, to na wartości traci.

Kiedyś grano dwoma napastnikami

Kilka, kilkanaście lat temu wiele zespołów decydowało się na granie dwoma napastnikami. Gdy przypominam sobie wiele zespołów z końcówki XX i początku XXI wieku, to za strzelanie goli odpowiadało dwóch piłkarzy, którzy jednocześnie przebywali na boisku. Weźmy finał Ligi Mistrzów z 1999 roku. Bayern Monachium grał z Manchesterem United. Od pierwszej minuty w ekipie Czerwonych Diabłów Andy Cole i Dwight Yorke. Rok 2000, finał mistrzostw Europy. Francja gra z Włochami. Od pierwszego gwizdka u Tricolores Thierry Henry i Christophe Dugarry. Znowu – finał Champions League, tym razem sezon 2001/2002. Real Madryt pokonuje Bayer Leverkusen. W szeregach Królewskich dwie „dziewiątki” – Raul i Fernando Morientes. Milan, Liga Mistrzów, finał z Liverpoolem, rok 2005, Stambuł. Ancelotti decyduje się na Hernana Crespo i Andrija Szewczenkę.

Te przykłady pokazują – kiedyś system 4-4-2 obligował do grania dwoma napastnikami.

 

Lata 2006-2016

Później, po finale LM z 2005 roku, standardy się zmieniały. Coraz częściej trenerzy preferowali grę jednym środkowym napastnikiem, choć zdarzały się sytuacje, że bramkostrzelni zawodnicy grywali na innych pozycjach. Musieli się przebranżawiać. Spójrzmy na kolejnych zwycięzców LM i formację ataku, w której zaczynali wielki finał:

2006 – Środkowy napastnik – Samuel Eto’o. Obok niego – na lewym skrzydle Ronaldinho, na prawym Ludovic Giuly.

2007 – Środkowy napastnik – Filippo Inzaghi. Obok niego – na skrzydle Clarence Seedorf, za nim Kaka.

2008 – Środkowy napastnik – Wayne Rooney. Obok niego – na lewym skrzydle Cristiano Ronaldo, na prawym Carlos Tevez.

2009 – Środkowy napastnik – Samuel Eto’o. Na lewym skrzydle nominalny napastnik – Thierry Henry, na prawym wrzędobylski Leo Messi.

2010 – Środkowy napastnik – Diego Milito. Na lewym skrzydle Samuel Eto’o, na prawym Goran Pandev.

2011 – Środkowy napastnik – Leo Messi, który nie jest nominalnym środkowym napastnikiem. „Dziewiątka”, czyli David Villa na jednym skrzydle, na drugim – Pedro – również bramkostrzelny piłkarz.

2012 – Środkowy napastnik – Didier Drogba. Obok niego – Juan Mata i Ryan Bertrand.

2013 – Środkowy napastnik – Mario Mandzukić. Obok niego – Thomas Muller jako cofnięty napastnik, Arjen Robben na prawym skrzydle, Franck Ribery na lewym.

2014 – Środkowy napastnik – Karim Benzema. Obok niego – na lewym skrzydle Cristiano Ronaldo, na prawym Gareth Bale.

2015 – Środkowy napastnik – Luis Suarez. Obok niego – na lewym skrzydle Neymar, na prawym Leo Messi.

2016 – Środkowy napastnik – Karim Benzema. Obok niego – na lewym skrzydle Cristiano Ronaldo, na prawym Gareth Bale.

Jak widzicie – dwoma napastnikami nie grano. Oczywiście nie można się trzymać tych ustawień, Carlos Tevez czy Leo Messi wchodzili w pole karne, strzelali gole, ale według przedmeczowych ustaleń odpowiedzialni byli na boisku za co innego. Jeden z piłkarzy był usytułowany na środku napadu, kolejny operował na skrzydle (Neymar, Ronaldo, Mata, Bale) lub za plecami napastnika (Kaka, Muller). Trenerzy upychali często w składzie drugiego napastnika, ale zmieniali jego charakterystykę. Mistrzem w tym był Pep Guardiola, który dwukrotnie wygrał Ligę Mistrzów z FC Barceloną (2009, 2011) i za każdym razem napastnik lądował na skrzydle (Henry, Villa). I jeden, i drugi doskonale potrafili wywiązać się ze swoich nowych obowiązków, mimo że teoretycznie przebranżowienie tak znakomitych golleadorów nie miało prawa się udać.

BARCELONA, SPAIN - AUGUST 29: Thierry Henry (R) of Barcelona controls the ball next to Pele of Inter Milan during the Gamper Trophy match between Barcelona and Inter Milan at the Nou Camp Stadium on August 29, 2007 in Barcelona, Spain. (Photo by Jasper Juinen/Getty Images) *** Local Caption *** Thierry Henry;Pele

Brak drugich napastników u wielkich

Problem Bayernu w meczu z Realem spowodował, że mistrzowie Niemiec już dziś rozglądają się za drugim napastnikiem. Takim, który w mniej ważnych spotkaniach odciąży Roberta Lewandowskiego, a na wypadek absencji kapitana reprezentacji Polski będzie gwarantem zdobytych goli. Ostatnio w internecie pojawiła się informacja, że Bayern jest zainteresowany… Mario Gomezem. Włodarzom niemieckiego klubu chodzi o to, żeby zmiennik Lewego nie był drogi, pogodził się z rolą rezerwowego i miał „nosa” w polu karnym.

Obecnie problemem największych klubów, nie tylko Bayernu, jest to, że nie mają one w składzie wartościowego drugiego napastnika. Dobry piłkarz nie chce siedzieć na ławce w topowym klubie i wybiera zespół gorszy, w którym będzie regularnie grał. Słabszy napastnik niegrając regularnie, traci na wartości i dostając swoją szansę nie prezentuje się tak, jak powinien. Trzymanie drugiego dobrego napastnika w drużynie nie opłaca się klubowi. Gdyby zmiennikiem Luisa Suareza lub Roberta Lewandowskiego był – przykładowo – Fernando Torres, czyli też znakomity piłkarz, to w decydujących meczach na pewno by nie grał. Ucierpiałoby na tym ego samego zawodnika, który chciałby strzelać gole. Gdyby już zaakceptował swoją rolę w zespole i małą ilość minut, to nie pasowałby to klubowym księgowym. Pensja takiego piłkarza byłaby wysoka, a jego przydatność w zespole znikoma. Dlatego też piłkarz, który usiądzie na ławce, nie obrazi się, zaakceptuje swoją rolę, a jednocześnie będzie gwarantował wysoką jakość, jest na wagę złota.

 

Henrik Larsson

FC Barcelona pozyskała Larssona w 2004 roku, kiedy ten miał 33 lata. Teoretycznie więc najlepsze lata swojej piłkarskiej kariery miał już za sobą. W Katalonii Szwed spędził dwa lata i na boisku pojawił się 59-krotnie. Strzelił w tym czasie 19 goli, choć zdecydowana większość z nich przypadła na mecze mniej ważne. Pierwsze skrzypce grał wtedy Samuel Eto’o wspomagany przez Ronaldinho. W najważniejszym meczu w barwach Barcelony, w finale LM przeciwko Arsenalowi, to właśnie Larsson dwukrotnie asystował przy golach najpierw Eto’o, później Bellettiego. Szweda na Camp Nou chwalił każdy. Za profesjonalizm, oddanie, ambicje i charakter. Nie grymasił, nie narzekał – wchodził i strzelał. Gdy nie grał, to trzymał kciuki za tych, którzy akurat byli na boisku. Gdy dostawał 10/ 20/ 30 minut, to wykonywał swoją robotę tak, jak należy. W Paryżu został bohaterem, mimo że przechadzając sie po klubowym muzeum wzmianek na jego temat jest jak na lekarstwo.

 

Złoty rezerwowy – Alvaro Morata

Obecnie najlepszym rezerwowym napastnikiem na świecie jest Alvaro Morata. Kiedyś Paweł Janas miał do dyspozycji Tomasza Frankowskiego, którego gole zapewniły nam wyjazd na mundial do Niemiec. Gdy doszło co do czego i Janas powoływał skład na turniej finałowy, to Frankowskiego pominął w swoich wyborach. Zidane częściej stawia na Benzemę, mimo że wielu kibiców nie może momentami patrzeć na grę Francuza. Sam Morata również ma ambicję, by grać częściej od początku. Coraz częściej mówi się o jego transferze do Chelsea Londyn. Nie ma się czemu dziwić. Spójrzcie na liczby obu piłkarzy w tym sezonie:

Alvaro Morata – 1791 minut, 20 goli, 6 asyst

Karim Benzema – 2923, 17 goli, 8 asyst

Lepszymi statystykami może pochwalić się Morata, mimo że gra mniej. Chcąc się rozwijać, musi zostać pierwszym napastnikiem w swoim zespole. Wszystko wskazuje na to, że w Realu nie będzie to możliwe, dopóki będzie grał Benzema.

 

Poza Moratą – brak zmienników

Inne europejskie kluby nie mają dobrych zmienników na pozycji środkowego napastnika. Z racji tego, że odchodzi się od grania dwójką z przodu, większy nacisk kładzie sięna bramkostrzelnych i wartościowych skrzydłowych. Stąd w Chelsea Hazard, w Barcelonie Neymar, w Borussii Dembele, a w Arsenalu Sanchez. Każdy z wymienionych przed sekundą piłkarzy jest dobry, strzela, asystuje, ale nie jest środkowym napastnikiem. Na wypadek kontuzji „dziewiątki” mógłby go zastąpić, ale straciłby na wartości. Lepiej czuje się jako uzupełnienie i „dodatek” niż jako pierwszy snajper.

Postanowiłem sprawdzić, ile minut grają w tym sezonie zmiennicy środkowych napastników w pięciu klubach europejskich – Arsenalu Londyn, Chelsea Londyn, Borussii Dortmund, PSG i FC Barcelonie.

Danny Welbeck – 818 minut

Michy Batshuayi – 664 minut

Alexander Isak – 471 minut

Jean-Kevin Augustin – 338 minut

Paco Alcaser – 1265 minut

Historia każdego z tych zawodników jest inna. Welbeck przez długi czas był kontuzjowany, Batshuayi nie potrafił wygrać rywalizacji z Diego Costą (3250 minut we wszystkich rozgrywkach). Isak ma dopiero 17 lat, Augustin 19, a Alcaser przychodził do Barcelony mając świadomość tego, że będzie tylko rezerwowym z rzadką okazją do zademonstrowania swoich umiejętności. Wspomniany na początku Bayern w ogóle nie ma drugiego napastnika. Juventus natomiast ma Dybale, Higuaina i Mandzukica. Pierwszy gra najczęściej jako cofnięty, drugi na szpicy, trzeci na lewym skrzydle. W tym układzie, który stosuje Allegri, jest zatem tylko jeden środkowy napastnik (Higuain). Reszta, jak w przypadku Barcelony za kadencji Guardioli, gra na innych pozycjach. Wypadnięcie Gonzalo nie byłoby problemem, jak w przypadku wspomnianych przed chwilą klubów, ale na pewno zmusiłoby do zmienienia stylu gry Juventusu.

michy-batshuayi

Deficyt środkowych napastników

Problem robi się coraz bardziej poważny, bo trendy, których prawdopodobnie w najbliższych latach nie da się odwrócić powodują, że coraz mniej mamy na świecie bardzo dobrych środkowych napastników. Gdy któryś z wielkich klubów (Real, Barcelona, Bayern, Chelsea, Juventus, PSG) chciałby kupić piłkarza gwarantującego 20-25 goli, to pojawia się problem. Ci, którzy grają w swoich klubach i aspirują do tego, by iść do najlepszych, mają swoje oczekiwania zarówno sportowe, jak i finansowe. Słabsi nie będa mieli również okazji się rozwinąć grając mało. Stąd pojawia się więcej bramkostrzelnych skrzydłowych, którzy nie są rozliczani tylko z goli. Których bramki cieszą, są ważne, ale gdy ich nie ma (jak np. Neymar w tym sezonie), to przymyka się na to oko, bo zgadzają się asysty (24 ). „Dziewiątek”, tych nominalnych, potrafiących grać tyłem do bramki, strzelających dużo goli, dobrze grających głową, jest mało. Oto mój ranking tych „naj”:

  1. Luis Suarez
  2. Robert Lewandowski
  3. Karim Benzema
  4. Edison Cavani
  5. Zlatan Ibrahimovic
  6. Romelu Lukaku
  7. Sergio Aguero
  8. Gonzalo Higuain
  9. Alvaro Morata
  10. Pierre-Emerick Aubameyang

Kolejność tak naprawdę nie ma tu większego znaczenia. Każdy może ułożyć tę dziesiątkę po swojemu – nie w tym rzecz. Chodzi głównie o to, że z marszu wymieniłem te 10 nazwisk, ale z kolejnymi dziesięcioma piłkarzami miałbym już problem. No dobra, dodałbym Falcao. Dorzuciłbym Mandzukica, chwilę później Torresa. Ale czy Real lub Bayern chciałby mieć takich piłkarzy u siebie? Czy wyłożyłby za nich – nie wiem – 40 milionów, czyli śmieszne jak na dzisiejsze warunki pieniądze? Aubameyang nie jest moim zdaniem nominalnym środkowym napastnikiem. W zestawieniu nie ma Griezmanna, ale on również gra wszędzie – na skrzydle lewym, prawym, jako cofnięty napastnik. Dybala? Tak, wiem – wyrzucił Barcelonę z Ligi Mistrzów. Ale, znowu – to nie pozycja numer „9”. Nawet Cavani, który teraz może zdobyć Złotego Buta przy Ibrahimovicu grał raczej na boku. Gole zdobywał, ale schodząc do środka, a nie zaczynając mecz pomiędzy stoperami.

 

Pytanie, w którą stronę to pójdzie. Dziś wielkie kluby mają ogromny problem ze znalezieniem piłkarza, który wejdzie na boisko z ławki rezerowych i zdobędzie gola. Albo w 32. kolejce pomoże swojemu zespołowi wygrać spotkanie z czerwoną latarnią ligi w meczu, który absolutnie się nie układa. Patrząc jednak na finałową trójkę ostatniego plebiscytu Złotej Piłki, to o trofeum walczyło trzech fantastycznych piłkarzy, z których żaden nie jest środkowym napastnikiem. Jeżeli tak dalej pójdzie, to Suarezów i Lewandowskich nie będzie w ogóle.

I pomyśleć, że kilka lat temu trener dwóch golleadorów wypuszczał na boisko od pierwszej minuty. Kolejnych dwóch czekało na swoją szansę po przerwie.

raul

KOMENTARZE