13 listopada 2017 roku minęło dokładnie 13 lat od jednej z najbardziej pamiętnych walk w historii polskiego boksu. Walki, którą do dziś wspominamy niezbyt pozytywnie. Wszystko za sprawą werdyktu sędziów, który był… bardzo dyskusyjny.

O co chodzi? O pojedynek Andrzeja Gołoty z John’em Ruizem o tytuł mistrzowski federacji WBA w kategorii ciężkiej. Polak przystępował do tego starcia po zremisowanym boju również o mistrzowski tytuł, ale IBF z Chrisem Byrdem. Tamten werdykt też został odebrany przez wielu jako skandal – Gołota był wtedy dużo lepszym pięściarzem.

Wróćmy do konfrontacji z Ruizem. Amerykanin zaszedł nam za skórę i mieliśmy prawo czuć wielki żal do sędziów, którzy jednogłośnie wypunktowali jego zwycięstwo. Mistrz bardzo często klinczował, uderzał Gołotę po gongu, dwukrotnie leżał na deskach i prowokował naszego rodaka. Do tego dwa razy odwiązywały mu się rękawice, co powodowało przerwę akurat wtedy, gdy Polak był w natarciu, a Ruiz miał ogromne problemy. Jego trener został wyrzucony do szatni, gdyż przez cały czas prowokował nie tylko obóz Gołoty, ale i sędziego ringowego, z którym ewidentnie nie miał po drodze. To wszystko plus zremisowana siedem miesięcy wcześniej zwycięska walka z Byrdem spowodowało, że czuliśmy wielki żal do tego, co obserwowaliśmy w Madison Square Garden. Nawet znany i ceniony w świecie boksu Harold Laderman widział zwycięstwo Gołoty, ale nie – sędziowie mieli na temat tego pojedynku inne zdanie.

Czego szkoda? Tego, że Gołota mając dwukrotnie na deskach swojego rywala nie potrafił dokończyć roboty. Wystarczyło posłać go na matę po raz trzeci, skutecznie wypunktować, by zdobyć upragniony pas mistrzowski. By w trzecim podejściu stać się pierwszym polskim czempionem w królewskiej dywizji. Wtedy sędziowie nie byliby potrzebni, a Gołota przeszedłby na zawsze do historii boksu zawodowego.

Z drugiej strony, co to za pięściarz z tego Ruiza. Kończył karierę z rekordem 44-9-1, czyli – jak na mistrza – zupełnie bez szału. Z poważnych rywali wygrał z Hasimem Rahmanem i dosyć niespodziewanie z Evanderem Holyfieldem, a przegrał dwukrotnie z Nikołajem Wałujewem, właśnie Holyfieldem, Roy’em Jonesem JR, Rusłanem Czagajewem i Davidem Haye’m. Przegrał też z Gołotą, ale niestety nikt tego nigdy pamiętał nie będzie. Został ból w sercach kibiców znad Wisły, którzy do dziś czekają na mistrza w królewskiej dywizji.

Wielka szkoda.

KOMENTARZE