Kraina mlekiem i miodem płynąca – tak moim zdaniem w ostatnim czasie wyglądała Lechia Gdańsk. Presja na klubie spoczywała, ale były to bardziej oczekiwania rozpatrywane w kategorii marzeń, a nie faktycznych celów, które klub znad morza musi osiągnąć. Wszystko było stawiane na zasadzie: możesz, a nie musisz. Gdy się uda, to spoko, gdy nie, to przecież nic się nie stało.

Jeszcze kilka lat temu, gdy trenerem Lechii był Paweł Janas (2011/2012) drużyna walczyła o utrzymanie w lidze. Tak, brzmi to dziś komicznie, ale TAMTEN zespół to nie był TEN zespół, w którym pokładano nadzieje na coś więcej niż środek tabeli. Każdy żartował, że gdyby Lechia spadła do I ligi, to byłaby ewenementem na skalę światową, gdyż na drugi poziom rozgrywek przychodziłoby 15-20 tysięcy kibiców na stadion, który liczy 2/3 razy więcej. Słysząc w Warszawie, Poznaniu czy Krakowie hasło „Lechia” raczej wszyscy uśmiechali się pod nosem, a skojarzenia towarzyszyły im bardzo pozytywne. Do Gdańska można było bowiem przyjechać, rozegrać mecz  na 60% zaangażowania i prawie na pewno wygrać, a w najgorszym razie zremisować. Trochę koloryzuję, ale każdy wiedział, że nad morzem można nie tylko spędzić fajnie czas i zjeść świeżą rybkę, ale i łatwo zainkasować komplet punktów.

W Lechię postanowiono zainwestować, przez co chwilę później wzrosły oczekiwania względem wyników sportowych. No bo jeżeli do klubu przychodzą coraz lepsi piłkarze, z coraz większymi nazwiskami, zarabiający coraz więcej kasy, to nikogo nie będzie zadowalało miejsce w środku tabeli. Po wkroczeniu do klubu Franza Josefa Wernze Lechia miała ambicje, by nie tylko przyglądać się najlepszym, ale i w lidze coraz częściej dochodzić do głosu. Gdy na koniec sezonu 2013/2014 biało-zieloni finiszowali na 4. miejscu w Ekstraklasie, zachwytów nie było końca. Gdy rok później Lechia uplasowała się lokatę niżej, wszyscy liczyli, że to tylko wypadek przy pracy i lepsze jutro faktycznie nadejdzie. Postanowiono sprowadzić lepszych i lepszych, płacić więcej i więcej, a wyniki zostały na tym samym poziomie. 2015/2016 to miejsce 5., następny sezon – 4. Oczekiwania przed rokiem były ogromne, apetyt na coś ekstra wzrósł niesamowicie. Lechia zamiast go zaspokoić i zapisać się w klubowej historii, zrobiła tyle, co Christopher Clark Oualembo, Adam Pazio, Mateusz Machaj i Maciej Kostrzewa cztery lata wcześniej.

Oglądałem „Cafe Futbol” kilka tygodni temu, kiedy gościem Mateusza Borka był duet: Piotr Nowak i Adam Mandziara. To był akurat moment, w którym rozpoczynała się walka w grupie mistrzowskiej, czyli u progu końcowych rozstrzygnięć. Spośród „wielkiej czwórki”, która miała walczyć o mistrzostwo Polski, Lechia była w najgorszej sytuacji, gdyż miała najmniej zdobytych punktów. Miała za to atut w postaci czterech meczów do rozegrania u siebie. Wśród tych wszystkich wyliczeń, prognoz wyników, terminarza i układania w głowie strategii na decydujące tygodnie, padło z ust Mandziary jedno, bardzo ważne zdanie: Lechia dużo zainwestowała.

Przeszło ono jakby bez echa, bo to jasne jak słońce, że aby grać, trzeba inwestować. Zainwestowała też Legia i Lech, ale w ich wypadku to jakby normalne – te kluby co rok grają o mistrzostwo. Lechia natomiast zainwestowała po raz pierwszy od dawien dawna, poczekała cztery lata i w końcu chciała zebrać z tego plony. Mówiono o medalu mistrzostw Polski, a gdzie ucho przystawić bliżej, pojawiły się również pogłoski o… wygraniu całych rozgrywek.

I to byłoby całkiem logiczne – przyszedł do klubu gość z pieniędzmi, którego rodacy są mistrzami świata w piłce nożnej. Myśli inaczej, na swoim podwórku ma gości, którzy futbol rozumieją najlepiej na kuli ziemskiej. Jego celem, po zapoznaniu się z Ekstraklasą i ocenieniu jej właściwego poziomu, było zdobycie MISTRZOSTWA POLSKI. W grę wchodziły tak zwane opcje rezerwowe, jak medal srebrny lub brązowy, ale facetowi, który pochodzi z Niemiec i ma „zwycięskie DNA” nie wypada w naszej ogórkowej lidze mówić publicznie o czymś innym, jak tylko najwyższe laury.

I czekał raz, drugi, trzeci, czwarty. Sprowadzał kogo chciano, płacił ile było trzeba, trochę mieszał, ale generalnie oddał robotę ludziom, którzy na swojej pracy mają się znać lepiej od niego. Sprowadził gwiazdy (Krasic, Peszko, Mila, Paixao, Paixao, Wolski), które Kowalskiemu z Gdańska działają na wyobraźnię. Którzy mieli ściągnąć ludzi na trybuny i dobrze wyglądać na plakatach rozwieszanych na Zaspie i Stogach. Miało to wszystko zacząć hulać na kilku płaszczyznach (organizacyjnie, marketingowo, sportowo), a on po czasie oczekiwał tylko jednego – wyniku sportowego. Chciał, aby jego pieniądze przyniosły efekt w postaci wielkiego sukcesu. Sam przecież dołożył wszelkich starań, żeby tak się stało.

Ale nic z tego nie wyszło. Lechia mimo wszystko zajęła dopiero 4. miejsce w sezonie 2016/2017.

I skończyła mu się cierpliwość. Wernze nie widząc właściwej reakcji od swoich ludzi w końcu walnął ręką w stół i stwierdził, że bawić się w to nie zamierza. Doszedł do wniosku, że jego podopieczni nie wykorzystali w pełni warunków, które im stworzył do tego, by zrobić coś „ponad program”.

„Moje marzenia sięgają obecności Lechii na europejskiej arenie. Jesteśmy na dobrej drodze, by te marzenia i cele się ziściły, bo od początku rozgrywek drużyna znajduje się w ścisłej czołówce i oby tak już pozostało do końca sezonu. Pod pojęciem obecności w Europie mam jednak na myśli nie tylko sam fakt gry w eliminacjach. Jeśli będzie to możliwe, to chcemy zaistnieć także w fazie grupowej. Do tego potrzebujemy jednak silniejszej kadry drużyny, której w tym momencie jeszcze nie mamy. W naszej strategii podążamy podobną ścieżką, jaką obrał Adam Nawałka przy budowie drużyny narodowej. On także próbował i sprawdzał wielu zawodników, początkowo nie osiągał dobrych wyników, ale z czasem wyselekcjonował grupę piłkarzy z Robertem Lewandowskim na czele, dzięki którym polska reprezentacja należy do najlepszych w Europie.”

To wypowiedź Franza Josefa Wernze z grudnia 2016 roku.

I dziś ludzie są wielce zdziwieni, że z klubu odszedł Rafał Janicki lub Mario Maloca. – Matko jedyna, co to teraz będzie? Odpowiadam: będzie jeszcze gorzej. Naprawdę, z Lechii kilku chłopaków odejdzie i to wszystko zależy tylko od tego, czy znajdzie się ktoś, kto będzie potrafił „ostudzić” Wernze i przetłumaczy mu, żeby dał jeszcze jedną szansę. Niemcy z reguły są bardzo oszczędni i skrupulatni jeżeli chodzi o finanse. W innym wypadku nie byliby aż taką potęgą, jaką są obecnie na wielu płaszczyznach. I Wernze usiadł sobie w domu przy kominku, wyciągnął kalkulator i zaczął podliczać, ile to wszystko go kosztowało. Uwzględnił kontrakty wszystkich zawodników, pensje, premie i wszystkie inne składowe, które mają wpływ na jego wydaki. Potem przekalkulował, jak duży wpływ ma to wszystko na postawę drużyny i stwierdził, że ma dość. Że dłużej się w to bawić nie zamierza.

malocaNie uważam, żeby „Dziennik Bałtycki” był wiarygodnym źródłem, ale jakiś czas temu pojawił się na ich stronie internetowej artykuł, w którym zostały wymienione zarobki miesięczne piłkarzy Lechii. O ile nie wierzę w to, że dziennikarze tam pracujący mają rozeznanie, ile faktycznie pieniążków zasila ich konto miesiąc w miesiąc, to pewnie są blisko przedziału, o którym mowa. Czyli nawet jeśli kwota prognozowana różni się od oficjalnej o 10 tysięcy, to i tak wiemy mniej więcej jakie są to kwoty. I tak:

  • Sebastian Mila – 107,500 zł
  • Sławomir Peszko – 110,000 zł
  • Marco Paixao – 60,000 zł
  • Flavio Paixao – 60,000 zł
  • Jakub Wawrzyniak – 70,000zł

Nie podano zarobków Milosa Krasica, a słyszałem, że zarabia najwięcej. Do tego dochodzi jeszcze Rafał Wolski, Ariel Borysiuk i kilku innych, którzy na pewno za frytki w Lechii nie grają.

Wernze zaczął myśleć i po mału sprzedawać. Kalkulować, kto ile zarabia, jaki ma wkład w drużynę (sportowo), w jaki sposób buduje wizerunek klubu (nazwisko) i jak to wszystko spina się biznesowo. Stwierdził, że taki Maloca zarabia sporo (bo jest dobrym zawodnikiem), ale nie grzeje nikogo mieszkającego w Gdańsku (wizerunek). Taki Janicki nie wnosi nic (sportowo), a też pewnie trochę zarabia. Obu piłkarzy postanowił się pozbyć. Jednego sprzedał, drugiego wypożyczył, by skusił się na niego ktoś w Niemczech i zapłacił sporo kasy. Do tej wyliczanki niedługo dojdzie pewnie jeszcze kilku piłkarzy, którzy w największym stopniu obciążają klubową kasę, niewiele dają na boisku, a i nie mają wpływu na wizerunek klubu.

Bo Polak, który mniej zastanawia się nad swoimi wydatkami, żyje na „Hurra”. Dla niego liczy się tylko tu i teraz, pewnie machnąłby na to wszystko ręką. – Nic się nie stało, gramy dalej! Ale Niemiec, który ma trochę szersze horyzonty, widział w życiu więcej, zarabia lepiej i w sposobie myślenia jest przed Polakiem trzy długości w nieskończoność nie będzie sobie pozwalał na takie rzeczy. Potrafi po prostu raz na jakiś czas oszacować, czy biznes mu się kalkuluje i czy nie musi przypadkiem do niego dokładać.

Dla niego Janicki to jest tylko TAKI SOBIE Janicki, a Maloca, to TAKI SOBIE Maloca, który w koncepcji budowania klubu jest średnio potrzebny. Jeżeli drogo opłacanych piłkarzy o wątpliwych umiejętnościach można zastąpić równie przeciętnymi, ale zarabiającymi dużo mniej, to na bok schodzą sentymenty oraz przywiązanie. Liczy się tylko wynik, bo to on idzie w świat – resztę można sobie schować głęboko do kieszeni.

franz_josef_wernze_etlWięc, jeżeli miarka się przebrała, to Lechia naprawdę w tym roku nie pogra o medale mistrzostw Polski. Kilku piłkarzy z Gdańska odejdzie, bo po prostu szkoda jest na nich kasy. Kilka nietrafionych transferów (Zelenika, Gamakow, van Kessel) plus wielu przepłaconych graczy zaczynają coraz bardziej ciążyć Wernze i przestaje się na nich godzić w swoim zespole. Jeżeli ktoś dzisiaj by mnie zapytał, czy Lechii bliżej do miejsca na podium, czy do grupy mistrzowskiej, to odpowiedziałbym, że to drugie. Choć nikt głośno o tym jeszcze nie mówi, to finansowe problemy w Gdańsku dają coraz bardziej się we znaki. Znowu – tu nie będzie oparcia na wiarygodnym źródle, ale podobno klub ma spore zadłużenie, a cierpią na tym… sami piłkarze. Tak, kilkumiesięczne zaległości Lechii co do wypłat nie są niczym nowym, a już w poprzednim sezonie rada drużyny miała się kilkukrotnie spotkać we własnym gronie, by sytuacji postarać się zaradzić. O ile to tylko zasłyszane od dobrze poinformowanych ludzi informacje, o tyle coś musi w tym być. Jeżeli klub zdecyduje się sprzedać kolejnych swoich piłkarzy lub bez żalu oddać ich na wypożyczenie, to zaobserwujemy spory przełom w budowaniu potęgi mającej zdominować w przyszłości krajowe rozgrywki.

Transfery, nazwiska, wypłaty, premie, oczekiwania – to wszystko rosło od pewnego czasu w Gdańsku w zastraszającym tempie. Teraz jakoś trzeba to odkręcić. Paradoksalnie zabrakło tylko jednego gola strzelonego w Warszawie, by dziś ten artykuł w ogóle nie powstał.

KOMENTARZE