Anna Rząsowska to dziewczyna, która już dawno temu zwariowała na punkcie sportu. W jej zamiłowaniu do aktywnego spędzania wolnego czasu nie byłoby nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że w międzyczasie pojawiła się kontuzja kręgosłupa, która przekreślała jej wyczynowe uprawianie sportu. Co wtedy zrobiła? Jazdę konną zamieniła na rower, bieganie i siłownię. Dziś jest dietetyczką, biega półmaratony i marzy o tym, by brać udział w zawodach fitness. Krok po kroku zrobi wszystko, by rzucić nudną jak flaki z olejem pracę za biurkiem i zająć się tylko swoją pasją. Jak sama podkreśla – mam cel i nie widzę opcji, by nie został on zrealizowany. Zapraszamy do rozmowy z Anią Rząsowską!

Wywiad został opublikowany na portalu www.laczynaspasja.pl i można go przeczytać również TUTAJ.

Mignęłaś mi w internecie, przypadkowo trafiłem na twój profil na Facebook’u, pojawiłaś się u Przemysława Iwańczyka w programie „Atleci”. Szybko to wszystko się ruszyło.

AR: Sama nie wiem jak to się stało. Nie mam parcia na szkło, więc jestem trochę zaskoczona tym wszystkim, co dzieje się dookoła. Lubię to, co kocham – to na pewno. Nie traktuję swojej pasji, jako źródło dochodu. Zajawka i pasja – tylko i aż tyle. Z Przemkiem Iwańczykiem też wyszło przypadkiem.

Tzn?

AR: Znalazł mnie na Facebook’u i zapytał, czy nie chcę wystąpić w jego programie. Zgodziłam się, ale nie czuję się po takim występie jak gwiazda. Po prostu przedstawiona została moja historia i to, czym się obecnie zajmuję.

Nie mieliśmy problemu z umówieniem się na wywiad. Jeden telefon i wszystko było ustalone.

AR: Wydaje mi się, że dziennikarze chcą ze mną rozmawiać, bo jestem bardzo normalną dziewczyną. Normalnie pracuję, jestem księgową i kadrową, więc wykonuję pracę jak każda inna, codziennie wstaję, mam problemy jak każdy inny, a dopiero po swoich zajęciach oddaję się swojej pasji.

Co ma wspólnego kadrowa i księgowa z rowerem, bieganiem, kulturystyką i jazdą konną?

AR: Nic, absolutnie. Jedno uzupełnia drugie – tak bym to nazwała. W zeszłym roku powstała moja strona internetowa, chwilę później założyłam Instagrama. Musiałam dowiedzieć się co to są w ogóle hasztagi, nie używałam Facebook’a, więc musiałam zagłębić się w obcy dla mnie świat mediów społecznościowych. Wcześniej Facebook służył mi do kontaktu ze znajomymi, rzadko z niego korzystałam. Dziś jest już publicznym profilem, na który każdy może wejść. Ruszyło się to dosyć szybko. Po wywiadzie z Przemkiem Iwańczykiem moja popularność wzrosła, mam więcej klientów.

Jak długo zajmujesz się sportem?

AR: Konno zaczęłam jeździć od liceum i robiłam to przez 12 lat. Miałam dwa wypadki, które spowodowały uszkodzenie kręgosłupa, a te dały o sobie znać dopiero po latach. Wiedziałam jednak przez cały czas, że nie wszystko jest w porządku, bolały mnie stawy, miednica była niestabilna. W związku z czym lekarze zabronili mi jeździć konno i przeniosłam się na rower. Zainwestowałam w sprzęt, złożono mi rower na zamówienie, ale nie byłam w stanie wytrzymać w pozycji sportowej jeżdżąc nim. W lutym 2016 roku założyłam fan page, ale bardzo wstydziłam się o tym komukolwiek powiedzieć.

Po co ci fan page, skoro wstydziłaś się pokazać go ludziom?

AR: Nie wiem, czułam się z tym nienaturalnie. Znajomi namówili mnie do tego, bo wiedzieli, że mam ogromną wiedzę na temat dietetyki, która z resztą jest obecna w moim życiu od bardzo dawna. Dwa miesiące później pokazałam to 19 osobom i wszystkim bardzo się to spodobało. Dziś daje sobie cztery lata na diametralną zmianę swojego życia. Nie potrafię jednak tego promować, nie inwestuję w to, raczej wszystko odbywa się domowymi sposobami.

Czy ktoś pomaga ci w tym? Doradza?

AR: Tak, mam wielu serdecznych znajomych, którzy mi podpowiadają. Jeden przyjaciel założył mi stronę, inny zna się na Social Mediach. Do tego uczę się obrabiania filmów, kilka osób się w to angażuje.

Trudno jest się wybić w tej branży?

AR: Bardzo trudno. Ja nie dążę do tego, by być twarzą jednego z tych znanych kulturystów, których możemy na co dzień obserwować w internecie. Nie chodzi mi o to. Zależy mi najbardziej na relacji z ludźmi. Dziś trener czy dietetyk to nie tylko pan czy pani, która tworzy rozpiskę, ale też osoba, która zadzwoni i zapyta, czy ktoś zgrzeszył i co zjadł na kolację. Potrzebny jest ten kontakt i wzajemna relacja. Ja tak robię. Traktuję swoich „pacjentów” po koleżeńsku.

Czy ludzie słuchają zaleceń osoby, która nie jest jeszcze bardzo znana? Jest w tym środowisku kilka sław, ale ty się póki co do nich jeszcze nie zaliczasz.

AR: Na pewno popularność danej osoby i rozpoznawalność generuje większe zainteresowanie. Nie chcę się wypowiadać na temat osób z tego środowiska, bo nie czuję się do tego na tyle kompetentną osobą. Ja podchodzę do wszystkich moich podopiecznych w sposób indywidualny. Nie drukuję rozpiski z internetu i nie stosuję jednego wzoru do wielu przypadków. Nie mówię, że inni tak robią, ale wykazuję duże zainteresowanie osobą, która mi zaufała. Jeżeli ktoś chce do mnie przyjść i stosować dietę przez miesiąc, to ja się tego nie podejmuję. Nie chcę tych pieniędzy, bo moje ambicje są takie, by danej osobie pomóc. Nie zarobić jednorazowo pieniądze i nie mieć satysfakcji z tego, że coś zrobiłam dobrze.

Jakie masz cele w ciągu tych najbliższych czterech lat, o których przed chwilą wspomniałaś?

AR: Na teraz priorytetem są zawody kulturystyczne. Stan mojego kręgosłupa nie pozwala mi na jazdę rowerem. Mam zaplanowany półmaraton na wrzesień, bo stawy muszą odpocząć po ostatnim starcie. Dwa razy siedziałam już prawie na wózku, a zdaniem najlepszych fachowców w Warszawie jestem osobą zupełnie niepełnosprawną. Przez dwa lata siedziałam w domu, bo zakazano mi uprawiać sport i dostałam depresji. Wbrew woli lekarzy wróciłam do sportu, ale mój kręgosłup nie pozwala mi uprawiać kolarstwa tak, jak robiłam to kiedyś. Nie mogę już podczas jednego treningu pokonać dystansu 130km. Teraz robię 46 i bolą mnie plecy. Parę dni temu dostałam bardzo dobrą wiadomość, że jeden z lekarzy chce mi pomóc i wszczepi mi dwa kręgi i jakimś sposobem musimy zregenerować stawy biodrowe. Bieganie mi nie służy, ale zaczęłam biegać, bo jazda rowerem mimo wszystko kojarzy się z bólem.

Historia tych twoich problemów zdrowotnych dobrze wpływa na twój wizerunek? Czy ludzi może to zniechęcić do ciebie?

AR: Myślę, że korzystnie. Ja tak naprawdę przez problemy zdrowotne zaczęłam trenować. Zrobiłam papiery, bo chciałam chodzić na siłownię. Oczywiście nie pracuję ze sztangą i nie robię z nią przysiadów.

Trenujesz rano, wieczorem? Jak to wygląda?

AR: Rano, przed pracą. Kiedyś chodziłam wieczorami, ale było za dużo ludzi i mnie to wkurzało. Cztery razy w tygodniu siłownia, do tego rower i bieganie. Czekam na te zabiegi, bo bardzo długo to wszystko trwa.

Można zadzwonić i jutro pójść na wizytę, ale jeden zastrzyk kosztuje pięć tysięcy złotych, a nie dwa. Ten sam zastrzyk u jednego lekarza kosztuje 4700zł, u drugiego 2200, a trzeci wycenił mi go na 1300zł. Są to trzy najlepsze nazwiska w całej Warszawie. Dyskożel wszędzie w stolicy kosztuje między 8500, a 10000zł. Jak widzisz – trochę trzeba zainwestować, by móc normalnie biegać.

Masz swojego mentora? Kogoś, od kogo się uczyłaś?

AR: Dietetyki uczyłam się od Justyny Mizery, która jest znakomitym fachowcem w tej dziedzinie. Skończyłam dwa rodzaje kursów u niej w Olimpiakosie, poznałam ją przez moich znajomych kolarzy. Sama sobie diety nie układam. Prowadzi mnie Paweł Głuchowski, to pod niego podlegam.

Miałabyś problem z ułożeniem diety i współpracy ze znanym sportowcem? Takim z pierwszych stron gazet?

AR: Pracowałam ostatnio z chłopakiem, który osiąga dobre rezultaty w półmaratonie. Chciał, żebym ułożyła mu dietę i suplementację. Nie dogadaliśmy się. Był tak przygotowany o swojej racji, że powiedziałam mu, iż musi znaleźć sobie autorytet. Ja takim nie byłam. Potrzebował człowieka, który jest osobistością w tym środowisku i może pochwalić się osiągnięciami, które mu imponują.

Wyobraź sobie sytuację – dzwoni Piotr Małachowski do ciebie i prosi, żebyś ułożyła mu dietę. Co robisz?

AR: Nie podejmuję się tego. Nie mam na tyle pewności siebie. Takie osoby potrzebują współpracować z kimś znanym. Nie z nowicjuszem, który dopiero nabiera doświadczenia i buduje swoje nazwisko.

Nie jesteś za skromna?

AR: Nie, ale to wszystko bardzo szybko się dzieję. Ja nigdy nie myślałam, że będę miała tego jakieś profity. Ja prowadzę swoich znajomych, ale nie biorę od nich za to pieniędzy. Nie chcę, naprawdę. Aczkolwiek nie pracuje się łatwo z przyjaciółmi. Nie zawsze stosują się do moich zaleceń, po tygodniu już przestają stosować dietę, generalnie nie ma to sensu. Najbardziej motywują mnie osiągane efekty. Dwa kilogramy mniej – o, super, cieszę się.

Każdy organizm jest inny?

AR: Zdecydowanie tak. I istnieje spora szansa, że nie trafisz z dietą. Paweł Głuchowski na początku zdziwił się, że sporo przybrałam na wadze, ale mam problemy z tarczycą. Nigdy nie jadłam tylu owoców, co po jego sugestii. Nie każdy organizm zareaguje na dane produkty w ten sam sposób.

Jaki jest twój target? Z kim byś chciała współpracować?

AR: Tak naprawdę z wszystkimi. Dobrze współpracuje mi się z facetami, bo zawsze miałam więcej kolegów niż koleżanek. Gdy moje rówieśniczki bawiły się lalkami, to ja wbijałam gwoździe. Ze starszymi kobietami dobrze się dogaduję. Potrafię z nimi rozmawiać, mam do nich dobre podejście.

Czy nie lepiej by było, gdybyś zakręciła się koło sportowców? Coraz większa jest u nich świadomość stosowania odpowiedniej diety.

AR: Bardzo bym chciała wejść do świata sportowców. Szczególnie branża kulturystyczna mnie kręci, bo bardzo zazdroszczę tym dziewczynom, że mają już zrobioną znakomitą formę i były już na tych wszystkich zawodach.

Patrzysz na Kasię Dziurską i co? Myślisz sobie, że chciałabyś być kiedyś taka jak ona?

AR: Tak, bardzo. Kasia bardzo mi imponuje. Mam cel, by wystartować w zawodach kulturystycznych, a wiem, że to tylko kwestia czasu, bo jestem bardzo zdeterminowana. Nie mogę jeździć rowerem, więc wybrałam kulturystykę.

Świat kulturystyki w naszym kraju jest zamknięty?

AR: Jest zamknięty albo ja nie potrafię do tego świata dołączyć. W moim wieku nie powinnam się już wstydzić, a mimo wszystko bardzo często wstydzę się. Jakoś nie potrafię wejść w to środowisko i powiedzieć, że zamierzam być jedną z tych osób. Trochę za skromna jestem, tak sobie to tłumaczę.

Kiedy masz te zawody kulturystyczne?

AR: Miały być w maju, ale już się nie wyrobię na ten termin. To bardzo dużo pracy, przygotowań, systematycznych treningów. Z racji uszkodzeń kręgosłupa nie do końca mogę napiąć mięsień pośladkowy, który jest ogromnym mięśniem, a zbudowanie odstającej pupy to nie jest pięć minut, tylko miesiące ciężkiej pracy. I dla fitness’ek najważniejsza jest pupa. Musi odstawać i mieć dołeczek.

Jak zrobić pupę?

AR: Trzeba robić miliardy przysiadów. Nie powinno się jednak dużo biegać.

Co twoi koledzy i koleżanki w pracy mówią na to, czym się zajmujesz?

AR: Nikt nic nie wie. Ja pracuję w małej firmie i nikomu nic nie powiedziałam.

Ale masz ich na Facebook’u w znajomych, udzielasz wywiadów. Nikt tego nie skumał?

AR: Nikt nic nie wie, mówię ci. Nikt nie pytał, a sama też się nie chwaliłam tym. Wiedzą o rowerze, bo często nim przyjeżdżam do pracy. Tylko tyle.

Dokąd ty zmierzasz? Masz jest zaplanowane miejsce, do którego chcesz kiedyś dotrzeć?

AR: Hmmm, dobre pytanie. Nie chcę być dietetykiem, który rozpisuje dietę za 100zł. To nie jest mój cel. Nie chcę też prowadzić zajęć grupowych. Chciałabym współpracować z jakąś firmą sportową. Bardzo kręci mnie temat suplementacji. To jest mój konik. Może powinnam iść w tym kierunku? To cały czas się rozwija w naszym kraju.

Ludzie mają świadomość tego, jak należy ćwiczyć? Jest boom na siłownię i zdrowy tryb życia.

AR: Z jednej strony jest boom, a z drugiej ktoś trenuje w tygodniu, a w weekend je pizzę i pije alkohol, na co już nie można sobie pozwolić. Mowa oczywiście o osobach, które mają jasno postawiony cel i chcą zrobić konkretny wynik.

Z pracy księgowej i kadrowej na pewno zrezygnujesz?

AR: Na 100%. Czasami śmieję się, że to moja największa pomyłka. Studiowałam dwa kierunki o profilu finansowym, do tego podyplomówka. Potem egzaminy na biegłego rewidenta, a jakiś czas temu podjęłam decyzję, że muszę to wszystko rzucić i skupić się na tym, co tak naprawdę mnie interesuje i co jest moją pasją. Sport zajmuje sporo czasu w moim życiu i póki co jest dodatkiem. Dodatkiem, który jednak daje mi siłę i motywację do życia. Ten okres czterech lat, o których mówiłam, jest takim momentem na zmiany. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie, by w ogóle odpuścić siłownię, rower, bieganie i siedzieć za biurkiem klepiąc te nudne cyferki. Nie, tak nie będzie wyglądało moje życie. Decyzję już podjęłam, teraz tylko trzeba stopniowo kolejne elementy wprowadzać w życie.

 

 

KOMENTARZE