O tym, jaki jest Bogdan Wenta i kto rządził reprezentacyjną szatnią. Jak uczył ubijać kotlety Marcina Lijewskiego i ile czasu zajmowało mu wydanie klubowej pensji. W końcu o słynnym rzucie, dzięki któremu do końca życia będzie nazywany Królem Arturem. Wywiad z Arturem Siódmiakiem – byłym szczypiornistą, dwukrotnym medalistą mistrzostw świata.

 

Na samym początku rozmowy nie wyobrażam sobie zacząć od innego tematu, niż finał Pucharu Świata w rugby. Oglądał Pan mecz Nowa Zelandia – Australia?

Artur Siódmiak: Meczu niestety nie widziałem, bo komentowałem akurat  mecz Vive Kielce – Wisła Płock. Gdy wróciłem do domu to od razu zobaczyłem skrót. Piękny mecz, naprawdę super widowisko. Rugby to sport dla prawdziwych mężczyzn. Byłem na tegorocznym Pucharze Świata na spotkaniu Australii ze Szkocją. Niesamowite przeżycie.

Był Pan skazany na uprawianie sportu. Mama uprawiała lekkoatletykę, tata grał w piłkę. W żyłach płynęła krew sportowca.

AS: Tak, sport był we mnie od początku. W Wągrowcu jak ktoś był zainteresowany sportem, to albo grał w piłkę nożną, albo ręczną. Ja byłem za duży na futbol, stąd padło na szczypiorniak. Trenowaliśmy cały dniami na podwórku. Betonowe boisko, pozdzierane kolana. Nie było takich piłek jak teraz. Dla nas jednak frajdą było to, że możemy robić to co lubimy najbardziej, czyli biegać za piłką.

Jakim był Pan dzieckiem? Ma Pan dwóch braci, więc w domu pewnie było wesoło.

AS: Ja byłem najstarszy, więc musiałem trzymać porządek w domu. Kochaliśmy się, ale zdarzały się również bójki. Za braćmi zawsze jednak szedłem w ogień. Nie pozwoliłem, żeby stała im się krzywda. Dzieckiem byłem bardzo żywym, energicznym. Mama opowiadała, że gdy ojciec stał na bramce podczas meczów ligowych, to tuż za boiskiem stał wózek, a w nim ja. Gdy zrobiłem kupę, to sędzia przerywał grę, a tata musiał mnie przewinąć. Tak więc łobuzem byłem od samego początku, ale rodzice nie mieli ze mną problemów wychowawczych.

Szacunek w szkole zdobył Pan podobno jedną ze słynnych bójek z najsilniejszym chłopakiem w szkole. To prawda?

AS: Tak, to prawda. Byłem wtedy w szóstej klasie, a on był dwa lata starszy. Nie pamiętam o co się pokłóciliśmy, ale doszło do bójki. Byłem od niego większy i silniejszy, więc pokonałem go. Mimo, że chodziłem dopiero do szóstej klasy, to miałem szacunek u wszystkich. Nie wiem jak teraz, ale wtedy prowadziło się takie rankingi. To ja byłem najsilniejszy i był to dla mnie powód do dumy.

Podobno w pierwszym dresie, który dostał Pan z klubu spał Pan przez tydzień.

AS: Tak, to prawda. Byłem tak szczęśliwy jak dostałem dres z klubu, że w ogóle go nie przebierałem. Był koloru czerwonego, co wszystkim kojarzyło się z barwami narodowymi. Byłem z niego niezwykle dumny. Teraz patrzę na młodych chłopaków i wiem, że dla nich nie ma to tak wielkiej wartości. Nie mówię, żeby im zabrać to, co mają. Fajnie, że świat idzie do przodu i młodzi mają dużo lepsze warunki do życia i treningu niż było to w moich czasach. Jednak przykład dresu pokazywał, jak młody człowiek umiał cieszyć się z naprawdę małych rzeczy.

Pierwszym krokiem w dorosłym życiu były studia na AWF- ie w Poznaniu.

AS: Tak, to był dla mnie bardzo duży krok do przodu. Musiałem wyprowadzić się z domu i usamodzielnić. Grałem już w piłkę ręczną i po mału sport zaczął przynosić jakieś dochody. Pamiętam, że kupiłem sobie żółtego Malucha, którym jeździłem na treningi. To był super okres. Wybawiłem się. Był alkohol, imprezy , dziewczyny  – jednym słowem wszystko. Uważam, że młody człowiek powinien coś takiego przeżyć. Jednocześnie nie zaniedbywałem treningów. To był tak naprawdę okres, w którym musiałem zdecydować. Czy wybieram  profesjonalny sport, czy chcę robić co innego.

Potem była przeprowadzka do Gdańska i występy w miejscowym Wybrzeżu. Lijewski, Wleklak, Siódmiak – młodzi gniewni.

AS: Czas w Wybrzeżu bardzo miło wspominam. Ostro trenowaliśmy, żeby osiągnąć sukces. Dwukrotnie zdobyliśmy mistrzostwo Polski, co było dla mnie wtedy spełnieniem marzeń. Od początku przygody ze sportem chciałem być najlepszy w Polsce. Gdy byłem młodszy patrzyłem na starszych od siebie szczypiornistów z wielkim podziwem. Potem okazało się, że to ja jestem najlepszy w Polsce. Piękna sprawa.

Gdańsk, poza sportem, to przede wszystkim piękne miasto pełne pokus.

AS: Dobrze potańczyliśmy z chłopakami w Gdańsku. Bawiliśmy się i było bardzo wesoło. Zawsze powtarzałem, że sportowcem jest się tylko przez jakiś czas, a człowiekiem przez całe życie. Gdy dostaliśmy jakąś kasę z klubu to zdarzało się, że wszystko przepiliśmy w weekend. Potem nie było za co żyć. Paprykarz, zupki chińskie, słoiki od rodziców. Maluchem, a później golfem jeździliśmy na oparach i modliliśmy się, żeby tylko dojechać na miejsce. Stare dobre czasy.

To prawda, że uczył Pan Marcina Lijewskiego golić się i rozbijać kotlety?

AS: Czysta prawda. Jak Marcin przyszedł ze mną do Gdańska prosto po liceum ogólnokształcącym  i nie umiał za wiele. Jest młodszy dwa lata ode mnie, więc wszystkiego musiałem go nauczyć. Jak się golić, jak rozbijać kotlety i robić jajecznicę. O robieniu prania nie miał zielonego pojęcia. Musiałem go po prostu nauczyć życia hehe.  Byłem dla niego jak starszy brat.

W Wybrzeżu, pomimo sukcesów sportowych brakowało pieniędzy dla zawodników…

AS: W Wybrzeżu nigdy nie było  dużych pieniędzy i to nie było dla nikogo tajemnicą. W końcu dowiedzieliśmy się, że kasy w ogóle nie będzie i każdy ma sobie szukać nowego klubu. Mimo wielkiej sympatii do Gdańska musiałem się przeprowadzić.

Ale w kolejnym przystanku w Pańskiej karierze, czyli Warszawiance również nie było kolorowo, prawda?

AS: Poszedłem z deszczu pod rynnę. W lipcu dołączyłem do Warszawianki, żeby w październiku dowiedzieć się, że pieniądze na wypłaty będą tylko do końca roku.  Nie było na co czekać i musiałem pakować walizki i znowu szukać klubu. Problem polegał na tym, że w październiku nie było to takie łatwe.

Dlaczego więc pomysł, żeby przenieść się do Luxemburgu?

AS: Bo tam regularnie płacili. To był amatorski zespół, nieprofesjonalne rozgrywki. Byłem tam gwiazdą. Grałem na kole, jak nie szło to rozgrywałem. Sportowo miałem zdecydowanie większe ambicje, jednak godziwe wynagrodzenie pozwalało mi swobodnie żyć.

Potem kontynuował Pan karierę we Francji.

AS: Śmieje się, że był to dla mnie płatny urlop. Byliśmy beniaminkiem i ciężko nam się grało z dużo lepszymi drużynami. Zabrakło jednego punktu, aby utrzymać się w lidze. Klub zaoferował przedłużenie kontraktu, ale po obcięciu pensji o 40%. Pakowałem się, bo wiedziałem że sportowo nic tu nie osiągnę. Jednak klimat, ludzie, okolica to coś fantastycznego. Lazurowe Wybrzeże to jedno z piękniejszych miejsc na ziemi, jakie widziałem.

Kolejny sezon i znowu przeprowadzka. Tym razem na dwa sezonu. Jak wspomina Pan Szwajcarię?

AS: Szwajcaria to oaza spokoju. Bardzo mi się tam podobało, mimo że wiele osób narzekało, że ciężko się przyzwyczaić. Szwajcarzy są bardzo restrykcyjni, lubią mieć porządek i robić wszystko po swojemu. Pełne podporządkowanie się na pewno nie jest łatwe i wielu obcokrajowców miało z  tym problem. Jednak Szwajcarzy robili wszystko za nas. My mieliśmy tylko grać. Zawodnicy byli przedstawiani w okolicy, ludzie nas kochali. Tam wszystko jest takie uporządkowane, logiczne.  Sportowo to z pewnością duże sukcesy. Puchar i mistrzostwa kraju oraz występy w Lidze Mistrzów. Poznałem tam kawał solidnego szczypiorniaka.

Debiut w reprezentacji to 1998 rok i mecz z Litwą w Szczecinie. Jak Pan to wspomina?

AS: W  juniorskiej i młodzieżowej  reprezentacji grywałem już od 1990 roku, natomiast w seniorach pierwsze powołanie przyszło w 1996 roku. Powoli  przemierzany byłem do pierwszej reprezentacji. Na mojej pozycji była jednak ogromna konkurencja i ciężko było się przebić. Wszedłem na kilka minut, nic nie udało się rzucić, ale byłem z siebie dumny. Kolejne marzenie się spełniło.

Skąd wynikała więc kilkuletnia przerwa od występów w reprezentacji? Dopiero Bogdan Wenta znowu postawił na Siódmiaka.

AS: Miałem problemy zdrowotne, nie byłem też w najlepszej formie. Ciągłe zmiany klubu, brak stabilizacji. Jeździłem na zgrupowania, ale brakowało dla mnie miejsca w ścisłej reprezentacji. Wenta przejął kadrę i wtedy wskoczyłem do drużyny już na stałe.

2007 rok to rozpoczęcie nowej ery w historii piłki ręcznej w Polsce. Srebrny medal mistrzostw świata w Niemczech.

AS: To, co zrobił z nami Wenta przez tak krótki okres pracy to coś niesamowitego. My musieliśmy się kwalifikować do eliminacji. Startowaliśmy od zera. Pamiętam turniej w Radomiu i wiele, naprawdę wiele meczów, żeby do niemieckiego turnieju się dostać. Kilka zwycięstw natchnęło w nas ducha walki i pozwoliło uwierzyć we własne umiejętności. Szkoda przegranego finału, bo Niemcy byli w naszym zasięgu. Wygraliśmy z nimi w grupie i mogliśmy to powtórzyć w meczu o złoto. Trochę zeszło z nas powietrze, a oni to wykorzystali. Wielka szkoda.

Jako wicemistrzowie świata byliście jednymi z największych faworytów do zdobycia medalu w Pekinie. Czego zabrakło?

AS: Ten moment mojej profesjonalnej kariery wspominam najgorzej. Przegraliśmy z Islandią i zajęliśmy dopiero piąte miejsce. Mieliśmy wszystko, żeby zdobyć medal, a może nawet i wygrać cały turniej. Trenowaliśmy z Islandczykami nawet podczas  Igrzysk, znaliśmy ich bardzo dobrze. Chyba trochę ich zlekceważyliśmy, może byliśmy zbyt pewni siebie. Wielka szkoda, bo medal olimpijski to coś absolutnie wyjątkowego.

Kolejny mundial w Chorwacji to turniej, w którym zdobyliście trzecie miejsce na świecie. Kolejny wielki sukces w polskim sporcie.

AS: Trudniej było sięgnąć po ten medal, bo rywale już nas znali. Wiedzieli jak gramy i jakie są nasze mocne strony. Udało się, choć ledwo awansowaliśmy do półfinału. Nie wszystko było zależne od nas, gdyż musieliśmy wygrać z Norwegami i liczyć na potknięcie Niemców. Wszystko jednak ułożyło się dla nas niezwykle szczęśliwie.

Końcówka meczu z Norwegią to chyba jedna z najsłynniejszych chwil w historii polskiego sportu.

AS: To fakt. Zostało 14 sekund do końca meczu, a my tylko remisowaliśmy. Sprawa była prosta: kto strzeli, ten awansuje do półfinału. W przerwie wybuchowy na co dzień Bogdan Wenta zachował spokój i kazał nam wykorzystać fakt, że Norwegowie wprowadzą dodatkowego zawodnika, kosztem bramkarza. Przejęliśmy piłkę, a ja rzuciłem przez całe boisko i zdobyłem gola, który zadecydował o triumfie. Byłem bardzo zdziwiony, bo bałem się że nie zdążyłem przed końcową syreną. Wszystko jednak było prawidłowo i mogliśmy cieszyć się z półfinału.

I został Pan nazwany Królem Arturem.

AS: To niesamowite, że to ja zdobyłem tą decydującą bramkę. Wiele ludzi kojarzy mnie głównie dzięki temu. Ja jednak przez dłuższy czas pracowałem na dobro reprezentacji. Może nie zdobywałem tylu bramek co moi koledzy, ale ostro zasuwałem w obronie, żeby kadra miała ze mnie pożytek.

W 2008 roku podpisał Pan kontrakt z niemieckim TuS Nettelsdedt- Lubbecke. To było zwieńczenie klubowej kariery?

AS: Zdecydowanie tak. Każdemu życzę gry w najlepszej lidze świata. Tam wszyscy żyją szczypiorniakiem. Jest bardzo duża konkurencja i ostra rywalizacja. Ja, jako wicemistrz świata musiałem ostro zasuwać, żeby grać w pierwszym składzie. W Niemczech piłka ręczna to zdecydowanie sport drużynowy numer dwa jeśli chodzi o popularność. Wszyscy tym żyli, a zawodnicy byli traktowani jako bohaterowie.

Plany na to, co będzie Pan robił po zakończeniu kariery były jeszcze, gdy był Pan zawodnikiem.

AS: Oczywiście, że tak.  Chciałem pracować  w mediach, wiec zadzwoniłem do redakcji  Polsatu Sport  i powiedziałem, że chce dla nich pracować. Byłem sportowo spełniony, ludzie mnie rozpoznawali. Spotkałem się z Panem Marianem Kmitą i przedstawiłem mu mój plan na przyszłość. Wiedziałem, że chce założyć akademię i uczyć dzieciaków grać w piłkę ręczną. Do tego mogłem pracować jako ekspert w telewizji, bo szczypiorniak nie miał przede mną tajemnic. Wszystko się udało, stąd moja obecność w Polsacie Sport .

Jak czuje się Pan w roli eksperta telewizyjnego?

AS: Bardzo pewnie. Kręci mnie to. Mogę przekazać wiedzę, która nabywałem przez tyle lat. Łatwiej jest być ekspertem, będąc w przeszłości zawodnikiem. Wtedy rozumiesz lepiej różne rzeczy i potrafisz wiele przewidzieć. Doświadczenie jest czymś bardzo ważnym. Dziennikarsko pewnie nie zawsze wyglądam profesjonalnie, ale z czasem będzie coraz lepiej.

Czas szybko leci, a Panu niedawno stuknęła czterdziestka. Jak samopoczucie?

AS: No niestety czas leci nieubłaganie. Czasami myślę o tym, co mógłbym zrobić gdybym był z dziesięć lat młodszy. Nie mam jednak na to wpływu i trzeba żyć dalej.

Żaden z „Orłów Wenty” nie miał takiego zakończenia kariery jak Artur Siódmiak. To dzięki tej bramce w Norwegami?

AS:  Pan Marian Kmita obiecał mi, że Polsat Sport pomoże  w promocji i transmisji live  z ceremonii mojego pożegnania. Uważam, że zorganizowałem bardzo fajną imprezę. Na trybuny Ergo Areny przyszło ponad osiem tysięcy ludzi. Udało się zaprosić wiele gwiazd sportu oraz mediów. Ogólnie było to bardzo wielkie przedsięwzięcie. Dużo się przy tym napracowałem wraz z ludźmi z mojej Akademii, ale było warto.

Czy może Pan opowiedzieć o Fundacji Akademii Sportu oraz Akademii Małych Mistrzów?

AS: Naszym celem jest popularyzacja piłki ręcznej wśród dzieci oraz wzbudzeniu w nich zainteresowania i pasji do uprawiania sportu. W planach mamy utworzenie 16 ośrodków szkoleniowych. Jak do tej pory jest ich 10 i uważam to za wielki sukces. Chcemy stworzyć dzieciakom godziwe warunki do uprawiania sportu i być może znaleźć zawodników, którzy w przyszłości będą stanowić o sile dorosłej reprezentacji.

21 października w Ergo Arenie w Gdańsku pobito rekord Guinnessa. 711 dzieciaków w jednym momencie grało w piłkę ręczną. To kolejny wielki sukces, prawda?

AS: Wielki sukces, ale ja chcę żeby dzieciaków grających w piłkę ręczna było jeszcze więcej, tym bardziej ,że już w styczniu rozpocznie się w Polsce turniej Euro 2016 i trzeba ten czas wykorzystać.  Chciałbym aby ten rekord był jeszcze przeze mnie  pobity .

Jakby miał Pan w kilku słowach scharakteryzować Bogdana Wentę, to jakich słów by Pan użył?

AS: Uparty, zacięty, nienawidził przegrywać,  choleryk,  dobry motywator.

A jaki był Pana najlepszy kolega z tamtej srebrnej drużyny?

AS:  Można powiedzieć ,że mój  przyszywany młodszy brat, czyli Marcin Lijewski(śmiech)

Czy po wygraniu meczu Wenta pozwolił wam pić alkohol?

AS: Nie zawsze był czas, żeby świętować. Jednak uważam, że dla tak zwartej grupy jaką niewątpliwie jest reprezentacja potrzebne jest czasami, żeby wyjść na miasto i wspólnie się napić. Nie raz bywało, że wspólnie świętowaliśmy i to tylko budowało atmosferę. Następnego dnia jednak wszyscy wstawali na trening i nie było narzekania.

Odnoszę wrażenie, że tworzyliście naprawdę zgraną ekipę. Przeciwnik po meczu rzuca hasło „bójka”. Idziecie?

AS: Pewnie, że tak. Każdy by poszedł i jestem o tym przekonany. Drużyna była wyjątkowa. Do pomocy, do wypicia, do bójki. Do wszystkiego.

Tyle twardych charakterów w szatni, więc pewnie zdarzały się spięcia.

AS: Pewnie, że tak. Nie raz była różnica zdań, ale głównie chodziło o to, że każdemu bardzo zależało. Nie raz w szatni leciały niecenzuralne słowa  i tak musiało być. Wenta wpadał do szatni, krzyczał, opierdalał nas, kopał bidony. Super czasy i naprawdę fajna grupa ludzi, która miał wspólny cel…wygrywać.

Ktoś wyraźnie rządził grupą?

AS: Grzegorz Tkaczyk to był nasz prawdziwy kapitan. On rządził szatnią. Na mundialu w Niemczech to ja byłem najstarszy w drużynie, więc czasami wyrażałem swoje zdanie. Młody Jurecki gdy wchodził do drużyny to widać było, że ma charakterek. Stawiał się, nie ustępował starszym. Nikt jednak nie podważał autorytetu Bogdana Wenty. To on był trenerem i nie było z nim dyskusji.

Czy w przyszłości chciałby Pan zostać trenerem?

AS: Miałem pewne propozycje objęcia funkcji trenera. To jednak nie dla mnie. Ja lubię pracować z dzieciakami i to im tłumaczyć pewne rzeczy. Trener dorosłej drużyny to bardzo ciężka praca. Jesteś narażony na wielki stres i odpowiedzialność. Gdy nie idzie, to najczęściej obrywa się szkoleniowcowi. Nie wiem jak potoczy się moja przyszłość, jednak na razie o tym nie myślę.

Pana syn gra w kosza i już osiąga spore sukcesy. Namawia go Pan go piłki ręcznej?

AS: Już go namówiłem. Przez ostatni rok grał trochę w kosza, trochę w ręczną. Dorasta i w końcu musi wybrać, w którą stronę chce iść. Ma doskonałe warunki fizyczne, jest leworęczny, silny. Widzę w nim potencjał. Jednocześnie nie wywieram na nim presji. Nie musi robić tego zawodowo.

Jakie ma Pan przeczucia na styczniowe mistrzostwa Europy?

AS: Polska jest gospodarzem i liczę, że dobrze się zaprezentujemy. Ja będę trzymał kciuki za naszych chłopaków i wierzę, że zdobędziemy medal. Jesteśmy przecież trzecią drużyną świata. Jednak na sukces składa się bardzo wiele czynników: kontuzje, dyspozycja dnia, odpowiednia selekcja zawodników. Wielu starszych chłopaków może pomóc kadrze u schyłku swoich sportowych karier. Będzie ciężko, ale sportowo na pewno jesteśmy jedną z najlepszych drużyn na Starym Kontynencie.

2016 może być ostatnim rokiem dla zawodników z Pańskiej generacji. Coś się kończy w polskiej piłce ręcznej?

AS: Na pewno tak. Rok 2016 to mistrzostwa Europy, ale przede wszystkim Igrzyska Olimpijskie. Wielu zawodników po Olimpiadzie może zakończyć reprezentacyjne kariery. To smutne, ale teraz czas na inne pokolenia. Kto wie, może lepsze?

Ostatnie pytanie. Czy zmieniłby Pan coś w swoim życiu?

AS: Niczego w życiu nie żałuję. Uważam, że mimo wszystko dobrze wybierałem w życiu. Nie były to proste decyzje, ale z perspektywy czasu wszystko ułożyło się bardzo dobrze. Gdy kończyłem karierę nie spodziewałem się, że tak szybko moja akademia i fundacja stanie się tak wielkim przedsiębiorstwem. Ja jednak jestem ambitny i wierzę, że wciąż to wszystko będzie się rozwijać. Chcemy mieć więcej dzieciaków grających w ręczną oraz organizować dobre imprezy. Nie mówię, że jest to łatwe do zrealizowania, ale kto mi zabroni marzyć?

KOMENTARZE