Klaudia Jans-Ignacik – tegoroczna olimpijka, która do Rio dostała się w ostatniej chwili. Długi wywiad z najlepszą polską deblistką. O początkach swojej kariery, atmosferze w reprezentacji Polski, o swojej córce i popularności męża – dziennikarza. O Marii Sharapovej i relacjach Djokovica z Federerem. Lektura absolutnie obowiązkowa. Zapraszam!

 

Ile osób, które spotkałaś idąc na wywiad poprosiło Cię o autograf lub chciało zrobić wspólne zdjęcie?

Klaudia Ignacik: Nie żartuj. Wczoraj miałam jednak śmieszną sytuację. Zaczepił mnie w Sopocie taki chłopak, który podszedł na pewniaka i zagadał – Cześć Klaudia, co u Ciebie? Nie wiedziałam kto to jest. Nie lubię takich sytuacji, bo nie wiem jak mam wtedy się zachować. Czy jest to ktoś, kogo kiedyś poznałam, czy kojarzy mnie po prostu, bo gram w tenisa. Okazało się, że byliśmy razem na Uniwersjadzie w Belgradzie w 2009 roku i on był szermierzem. Nie sposób jest wszystkich spamiętać, ale takie sytuacje dają mi do myślenia i wprowadzają we mnie trochę niepokoju.

A jakbyś szła w Paryżu, Londynie czy Melboure to ktoś chciałby z Tobą zdjęcie?

KI: Nie, wątpie. Teraz więcej osób chce sobie robić zdjęcia z moim mężem.

No właśnie – jak to jest u niego z popularnością?

KI: Teraz Bartek jest na fali. Nie tylko w Trójmieście ludzie kojarzą Bartka. Siedzimy sobie w centrum handlowym w Warszawie i podchodzą młodzi ludzie i chcą sobie zrobić z nim fotkę.

Nawet na Wimbledonie to z Bartkiem chcieli sobie robić zdjęcie.

KI: To jest w ogóle śmieszna sytuacja. Dwa lata temu idziemy sobie w Londynie, ja ubrana na sportowo i podchodzi do nas jakiś mężczyzna i pyta czy możemy sobie zrobić zdjęcie. Na co ja odpowiadam, że nie ma problemu. I nagle słyszę, że to zdjęcie nie ma być ze mną, tylko z Bartkiem. Wiele razy to wspominaliśmy przy różnych okazjach.

Rozumiem, że nie rywalizujecie o popularność.

KI: Nie, no gdzie. Śmiejemy się zawsze z takich sytuacji.

Powiedz, czy to wynika z tego, że tenis jest mimo wszystko mało popularny w Polsce?

KI: Wiesz, tenis jest bardzo rzadko pokazywany w telewizji. Można obejrzeć Agnieszkę Radwańską, Jerzego Janowicza, ale deblistów lub tych zawodników nieco gorszych już w otwartej telewizji nie sposób obejrzeć. Gdzieś tam w internecie są informacje o wynikach Polaków na turniejach międzynarodowych, ale bardziej zostaje zapamiętane nazwisko niż twarz sportowca.

Na wielkich turniejach jest zupełnie inaczej.

KI: Oczywiście. Na przykład nikogo z nas nie dziwi jak podbiegają do nas dzieciaki i proszą o autograf, bo one chcą zebrać jak najwięcej podpisów na piłce. Ale na wielkich turniejach tenisowych kibice są znakomicie przygotowani. Wiedzą dokładnie kto kiedy gra, jaki ma bilans spotkań z tym i tym rywalem, kiedy po raz ostatni zmierzyli się na korcie i kto jest faworytem w danym starciu. To naprawdę trzeba się interesować i znać się na tenisie, żeby tą wiedzę gromadzić i potrafić się z nią dzielić. Nie zapomijmy, że tenis jest specyficznym sportem i nie każdemu wchodzi on do głowy tak od razu.

Mówisz teraz o fanatykach.

KI: Czasami jestem gdzieś na turnieju, a podchodzi do mnie kibic i pokazuje mi jakieś zdjęcie stare, którego ja wcześniej nie widziałam. Myślę sobie – kurde, skąd Ty je masz? Do tego mają plakaty, jakieś pamiątki, koszulki. Naprawdę tych fanów jest może mniej niż w innych dyscyplinach sportu, ale w wielu przypadkach są oni znakomicie przygotowani do zawodów.

Gdzie jest największa świadomość przeciętnego Kowalskiego?

KI: Stany Zjednoczone i Australia. W Stanach obojętnie czy jest rozgrywana pierwsza runda, czy półfinał, czy grają mężczyźni, czy deblistki to zawsze jest pełna widownia. I to nie ma znaczenia czy to poważny turniej, czy coś mniejszego. W Australii kibice kochają tenisa. Tam jest absolutne szaleństwo.

Czyli Europie sporo brakuje do najlepszych.

KI: Zdecydowanie. Wiadomo, że jak rozgrywany jest Wimbledon czy Garros to trybuny są pełne, ale i ranga zawodów jest ogromna. Gdy jednak gramy gdzieś na mniejszych turniejach to nie zawsze jest wielu kibiców. Nie mówię, że trybuny są puste, ale frekwencja na poziomie 50% to nie jest żadne osiągnięcie biorąc pod uwagę to, co dzieje się chociażby za Oceanem.

29 lipca świat obiegła informacja, że Klaudia Jans-Ignacik i Paula Kania jadą na igrzyska olimpijskie do Rio. Last minute – sport kocha takie historie.

KI: Dla mnie to jest niesamowita historia. Jak leciałam do Pekinu, to igrzyska były dla mnie spełnieniem marzeń. W Londynie było trochę inaczej, bo miałam świadomość tego, że na udział w igrzyskach najzwyczajniej w świecie zasłużyłam i taka jest kolej rzeczy. Teraz miałam tak trudny rok, że marzenia o występie w Rio odeszły gdzieś daleko w niepamięć. Cieszę się jak za pierwszym razem i naprawdę w środku aż wszystko się we mnie buzuje. Cieszę się ponadto, że moją partnerką będzie Paulina Kania, bo to są jej pierwsze igrzyska, a ja będę tą osobą, która będzie mogła przeżywać razem z nią te wszystkie emocje, które ja z Pekinu tak ciepło wspominam. Wioska olimpijska, ślubowanie, odbiór akredytacji – naprawdę serce rośnie. Pomyśleć, że jeszcze niedawno nie wiedziałam tak naprawdę co dalej z moją karierą.

Marek Plawgo też rzutem na taśmę dostał się na mistrzostwa świata do Osaki w 2008 roku, a z Japonii wrócił z medalem.

KI: A Duńczycy w 1992 roku kuchennymi drzwiami dostali się na Euro, a wygrali cały turniej. Łukasz Piszczek w 2008 roku na Euro miał w ogóle nie jechać, a wyszedł przeciwko Niemcom w pierwszym składzie i był najleszym spośród Polaków. Zdaje sobie sprawę z tego, że historia sportu pamięta takie sytuacje, ale ja staram się do tego wszystkiego podchodzić na spokojnie.

Zaimponowałaś mi teraz wiedzą o sporcie.

KI: Słuchaj, u mnie w domu cały czas leci sport – mam męża dziennikarza. Poza tym ja lubię piłkę nożną i po prostu się nią interesuję.

Rozmawiałem ostatnio z Tomkiem Majewskim, który wspominał swoje pierwsze igrzyska i podkreslał, że w Atenach żaden polski lekkoatleta poza nim nie startował. Ty jedziesz na swoje trzecie igrzyska i takim wynikiem niewielu sportowców może się pochwalić.

KI: Zgadza się. Pamiętam jak w Pekinie rozmawiałam z Łukaszem Kadziewiczem, który był pod wrażeniem, że jestem taka młoda, a już przyjechałam na igrzyska. Mówię – Ja młoda? Przecież mam już 24 lata! Na co on odpowiedział – Spokojnie, jeszcze dwa razy zdążysz pojechać na igrzyska. Minęło 8 lat, a ja pakuje się do Rio.

Rozumiem, że Łukasz napisał teraz sms-a z gratulacjami.

KI: (śmiech) Nie, nie pisał. Ale przepowiedział przyszłość.

Po Londynie powiedziałaś, że to Twoje ostatnie igrzyska.

KI: Bo myślałam, że tak właśnie będzie. Sportowcy często robią sobie przerwę w roku poolimpijskim i u mnie też tak to wszystko się ułożyło, że miałam rozbrat ze sportem. Ja wiedziałam od początku swojej kariery, że nie chce całe życie być związana z tenisem. Chciałam założyć rodzinę, urodzić dzieci i prowadzić normalne życie. Po Londynie zaszłam w ciążę, urodziła się Anielka i nagle moje życie się zmieniło. Myślę, że dzięki temu już w poniedziałek lecę do Rio. Bo odpoczęłam trochę od sportu przez co moja kariera wydłużyła się.

borek ignacik

A z czego wynika fakt, że kariera tenisistki trwa stosunkowo krótko? Czy zaczęcie treningów w bardzo młodym wieku ma na to wpływ?

KI: Pewnie też, ale moim zdaniem głównym powodem jest to, że sezon w tenisie trwa bardzo długo. Gramy od stycznia do października i tych gier jest bardzo wiele. Nie przygotowujemy się do trzech zawodów w roku, tylko non stop gdzieś gramy. Ja na przykład zaczęłam treningi w wieku 9 lat. Już wtedy trzeba było się decydować, czy należy postawić na tenis, czy może zająć się czym innym. Czyli jadąc do Pekinu miałam dopiero 24 lata, ale już 15 lat trenowałam. Tak naprawdę w polskim tenisie dopiero ja przetarłam ten szlak „długowieczności”. Bo gdy spojrzymy na chociażby Magdalenę Grzybowską czy inne zawodniczki, to te kariery nie trwały dłuższej niż do dwudziestego szóstego roku życia.

Mówisz o intensywności, ale wpływ na to wszystko ma też wasz tryb życia – ciągłe podróże, zmiany strefy czasowej.

KI: Na pewno to nam nie pomaga. Jak lecimy w styczniu do Australii to nie ma aż takiego problemu. Później jednak z miesiąca na miesiąc jest coraz trudniej. Każdy zmianę strefy czasowej odczuwa inaczej, ale nikomu to nie służy. Najgorzej jest we wrześniu, gdzie ze Stanów wracamy do Polski na około 10 dni, a potem do Azji – koszmar. Do tego tam zawsze jedzenie jest trochę inne, klimat specyficzny, więc ten wysiłek dla organizmu jest ogromny.

I problemem jest znalezienie hotelowej toalety.

KI: Ja z szukaniem toalety w hotelu zawsze miałam problem (śmiech). Nigdy nie pamiętam numeru pokoju, nazwy hotelu. Piszę sobie wszystko na kartce i trzymam klucze w tym samym opakowaniu, które dostałam od Pani w recepcji. Nigdy nie wiem w którą stronę iść do windy, ale z tego co wiem, to nie tylko ja mam z tym problem.

Tego idzie się nauczyć? Życia na walizkach i ciągłych podróży?

KI: Oczywiście, że tak. Na początku nie wyobrażałam sobie, że można prowadzić taki tryb życia. Gdzie ja i ciągłe podróże. Teraz to wszystko wydaje mi się bardzo powtarzalne. Plan od stycznia do października praktycznie co roku jest identyczny, więc z biegiem lat każdy się tego uczy na swój sposób.

Kiedyś powiedziałaś, że od kiedy urodziła się Anielka, to długie wyjazdy są dla Ciebie jeszcze trudniejsze.

KI: Na samym początku, jak Anielka była jeszcze bardzo mała, to wyjazdy nie były dla mnie aż tak trudne. Teraz, gdy ona już naprawdę dużo rozumie i czuje, że gdy mama wystawia walizkę, to znaczy, że zaraz jej nie będzie to każdy mój wyjazd jest bardzo trudny. Gdy mała miała półtora roku i ja wyjechałam do Azji na kilka turniejów, to serce mi pękało z tęsknoty. Miały być dwa tygodnie, ale chwilę później okazało się, że mogę jechać na kolejny turniej i kolejny i następny i w sumie nie było mnie pięć tygodni w domu. Tęskniłam strasznie i bardziej myślałam o mojej rodzinie niż o graniu w tenisa. Wiedziałam, że te wyjazdy będą trudne i z czasem, kiedy moje dziecko podrośnie i będzie więcej rzeczy rozumieć, to ta rozłąka będzie bolała jeszcze bardziej.

Teraz znowu wyjeżdżasz. Najpierw do Brazylii, potem do Stanów.

KI: I już odbyłśmy z Anielką rozmowę. Tłumaczyłam jej, że mama jedzie na igrzyska olimpijskie, czyli największą sportową imprezę na świecie, która odbywa się raz na cztery lata i że mnie nie będzie w domu. Jestem szczera wobec Anielki i nie chce jej mówić, że nie będzie mnie chwilę, po czym przed pięć tygodni się nie zobaczymy.

Swoją drogą Anielka też jest blisko tego świata tenisowego.

KI: Zdecydowanie. Ma zdjęcia chyba z wszystkimi tenisistami. Najbardziej lubi Agnieszkę Radwańską i Karolinę Woźniacki. Zadziwia mnie czasami, bo siedzimy w domu i w telewizji leci jakiś news o Agnieszce, a ona do mnie – Mamo, ciocia Isia! A jak widzi blondynkę z warkoczem, to krzyczy- Karolina! Z nimi się najczęściej widzi, zna dziewczyny dobrze, więc tak reaguje. Bardzo szybko przekonała się również do Wiktorii Azarenki. Kiedyś po jej przegranym meczu podeszłam z Anielką do Wiktorii i zapytałam czy nie zrobi sobie z małą zdjęcia. Bez problemu się zgodziła, a Anielka od razu wskoczyła jej na ręce i dobrze czuła się w jej towarzystwie, co wtedy nie było regułą.

Wokół piłkarskiej reprezentacji działa kanał telewizji internetowej – Łączy Nas Piłka, który pokazywał jakimi ludźmi są reprezentanci Polski. Turbokozak pokazuje nieco od kuchni polskich ligowców i pozwala ich poznać. Przez to, że wy cały czas jesteście bardzo daleko, to polski kibic nie wie jakim człowiekiem jest Roger Federer i co w wolnym czasie robi Serena Williams.

KI: Zgadza się. Środowisko tenisowe bardzo zmieniło się na przestrzeni lat. Ja jestem w tym towarzystwie już od 12 lat, więc te zmiany dostrzegam. Kiedyś wszyscy byli bardziej zżyci. Zawodnicy z różnych krajów siedzieli razem, rozmawiali, jedli wspólnie posiłki. Był jeden trener, który czasami miał pod swoimi skrzydłami nawet i cztery zawodniczki i te oddziaływanie na siebie było bardzo istotne. Teraz zawodnik jedzie na turniej z trenerem, fizjoterapeutą, menadżerem, osobą towarzyszącą i w tym gronie spędza każdą wolną chwilę. Kontakt między zawodnikami oczywiście jest, ale to już nie jest to, co kiedyś.

A jak to wygląda między Polakami?

KI: U nas na szczęście atmosfera i relacje między zawodnikami są bardzo dobre. Gdy spędzasz z kimś tak dużo czasu, to zależy Ci na tym, żeby mieć z tą osobą dobry kontakt. Dlatego dużo ze sobą rozmawiamy nie tylko o sporcie, jemy razem kolacje, żartujemy. Jesteśmy trochę jak rodzina, bo gdy Agnieszka ma urodziny, to jest akurat Indian Wells, to nie ma sposobności, żeby spędziła je z rodziną, wiec my zabieramy ją na kolacje i organizujemy dzień w ten sposób, by był on wyjatkowy. Marcin Matkowski, który urodził się w styczniu też co roku „wyprawia” urodziny w Australii. Gdy na przykład Isia dowiedziała się, że lecimy do Rio, to od razu zadzwoniła i takim szczerym, radosnym głosem pogratulowała i powiedziała, że już nie może się nas doczekać na miejscu. To cieszy, bo nie zawsze jest łatwo z daleka od domu, nie zawsze wszystko w sporcie wychodzi tak, jakbyśmy chcieli, więc takie rzeczy w tych trudnych momentach wiele dają.

Mnie zawsze interesowało czy na przykład Federer z Djokovicem są kumplami poza kortem.

KI: Czy są kumplami? Na pewno mają do siebie ogromny szacunek. Nie znam ich na tyle, żeby wypowiadać się dokładnie o ich relacjach, ale podejrzewam, że na kawę czy obiad się nie umawiają. Szanują się, podchodzą do tego bardzo profesjonalnie i złej krwi między nimi nie ma, ale wątpie że są dobrymi kumplami. Ogólnie faceci z tego co wiem nie mają między sobą większych zgrzytów. Są tacy hmmm, jakby to powiedzieć. Bardziej dostępni – może tak. Wyluzowani i bardziej otwarci na interrakcję.

A kobiety?

KI: Jak to kobiety. Faceci dadzą sobie po mordzie i nie ma problemu. Laski o coś się posprzeczają i nie gadaja ze sobą przed kolejne pięć lat. Nie wiem z czego to wynika, chyba tak już po prostu jest.

Któraś z tenisistek szczególnie odstaje od grupy?

KI: Maria Sharapova. Praktycznie nikt nie ma z nią kontaktu. Cześć, cześć i tyle. Ona nawet nie dąży do tego, żeby mieć z kimś kontakt. Wchodzi na kort, wychodzi, wchodzi do szatni, wychodzi i nawet nikt do niej nie zagaduje. A wydaje mi się, że ona prywatnie jest całkiem sympatyczną osobą.

Tak kreuje swój wizerunek.

KI: Maria jest dobrym produktem. Ona on zawsze jest bardzo starannie prowadzona i każde jej zachowanie, sposób podejścia do fanów, słowo wypowiedziane w kierunku dziennikarzy jest przemyślane i zaplanowane. Wie gdzie ma się uśmiechnąć i kiedy co zrobić by było to zgodne z koncepcją.

Rozumiem, że Serena Williams taka nie jest.

KI: Serena jest super. Właśnie – z Sereną związana jest śmieszna historia. Kiedyś na jednym z turniejów przyjechali moi znajomi i zapytali czy jestem w stanie zorganizować wspólne zdjęcie ich właśnie z Amerykanką. I czekamy na Serenę, ta schodzi z kortu i oni podchodzą i pytają czy byłaby możliwość zrobienia sobie wspólnej fotografi. Ta patrzy na tych moich znajomych, mierzy ich z góry na dół, po czym podchodzi do koleżanki i pyta się czy te spodnie są z ZARY. My patrzymy na siebie zdziwieni i głowimy się, skąd ona to wie. Po czym Serena powiedziała, że też oglądała te spodnie, bardzo jej się podobają i w ogóle to są zrobione z takiego fajnego materiału i kolor też jej się podoba. Ci o wspólnym zdjęciu, a ta o spodniach z sieciówki.

Czyli normalna dziewczyna.

KI: Jak najbardziej. Wchodzi do pokoju fizjoterapeutek, wita się i zaczyna gadać o paznokciach, bo spodobał jej się Twój kolor. Naprawdę bardzo sympatyczna dziewczyna.

Wy wszyscy bardzo dobrze się znacie. Powiedz mi, jak to jest być w tym hermetycznie zamkniętym gronie tenisistów?

KI: Powiem Ci szczerze, że takim momentem, w którym ja zdecydowałam, że chce dołączyć do tego towarzystwa tenisowego był turniej w Sopocie, gdy miałam 19 lat. Ja już wtedy miałam jakieś pierwsze osiągnięcia za sobą, ale przebywanie z Łukaszem Kubotem, Marcinem i Mariuszem dodawało mi tyle energii, że ja wracając do domu chciałam z powrotem wrócić na kort. Bardzo lubiłam od zawsze otaczać się ludźmi, którzy mają swój cel. Którzy są ambitni i nie widzą na swojej drodze barier w drodze do celu. Mnie to motywowało do cięższej pracy i dzięki temu miałam wiecej energii. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie jak wspaniale byłoby być jedną z tych osób, którzy w przyszłości być może będą inspirowac inne osoby do jeszcze większego wysiłku.

Ambitnie.

KI: Jak tak teraz na to spojrzę, to spośród wielu osób, które ze mną wtedy trenowały, nikt już nie gra. A wiesz czemu? Bo widocznie one tego nie miały. Nie czuły z tego satysfakcji. Satysfakcji z robienia czegoś na 100% i dążenia do pokonania kolejnej przeszkody.

Kiedy zaczęłaś czuć, że jesteś klasową zawodniczką?

KI: Kiedy zaczęłam grać turnieje wielkoszlemowe. To był 2007 rok.

Turniej wielkoszlemowy jest miarą wielkości zawodnika?

KI: Zdecydowanie. Jeśli zawodnik jedzie na turniej wielkoszlemowy to może powiedzieć, że coś już w życiu osiągnął. Sam udział w nim to już duża sprawa. Musiał do tego dojść ciężką pracą, wieloma wyrzeczeniami i tym, że całe życie podporzadkował pod grę w tenisa. Ja to bardzo szanuję.

Sportowcy nie lubią jak im się kończy przedwcześnie karierę. Nie przesadzę jednak gdy powiem, że Twoja kariera wchodzi na ostatnią prostą.

KI: Zdecydowanie. Taka jest kolej rzeczy i ja też zdaje sobie sprawę z tego, że po mału trzeba schodzić ze sceny.

Czego zatem życzyć na ostatniej prostej?

KI: Jakbyśmy spotkali się pół roku temu, to chciałbym, żebyś życzył mi udziału w igrzyskach. To było moje marzenie, mimo że w pewnym momencie kompletnie przestałam w nie wierzyć. Teraz rozmawiamy tydzień przed igrzyskami i ja już za kilka dni gram pierwszy mecz. Czego mogę chcieć więcej? Przecież to marzenia każdego sportowca i w tym wypadku nie ma znaczenia fakt, że olimpiada w Brazylii będzie już moją trzecią.

Mam jeszcze pytanie od Twojego męża. Poprosił mnie, żebym je zadał.

KI: Już się boję.

Ile chcesz mieć dzieci i czemu akurat troje?

KI: (śmiech) To prawda – chce mieć jeszcze dwójkę. Pogadam z nim o tym – bądź spokojny:)

Dziękuje Klaudia za spotkanie. Leć do tej Brazylii i przywieź medal. Sport kocha takie historie – już o tym gadaliśmy.

KI: Ja również dziękuję. Pozdrawiam!

 

 

FOTO: polskieradio.pl

KOMENTARZE