Dziś zabieram was do świata, którego być może wiele osób nie zna. Do świata, w którym jestem od 4 lat i jestem z tego cholernie zadowolony. Z pozornie dodatkowego zajęcia, które jest dziś bardzo ważnym punktem mojego życia. Pracą, która dała mi komfort, poczucie wszechstronności i dumę. Dumę, że można, gdy się tylko chce.

Na początku grudnia 2017 roku porozmawiałem przez telefon z Pawłem Jóźwiakiem i dowiedziałem się, że najbliższa gala FEN, trzecia, od kiedy pracuję w organizacji, odbędzie się dopiero w marcu, a nie w styczniu, jak wcześniej planowano. Nagrzany, ambitny i cały czas gotowy na nowe wyzwania młody człowiek wyszedł z założenia, że jakoś trzeba tę pustkę wypełnić. Znaleźć sobie zajęcie, które pomoże zapchać wolny czas po sam brzeg. Trzecią pracę (po FEN i www.łączynaspasja.pl) , która jeszcze bardziej pomoże mi realizować swoje małe cele.

Kilka dni później miał miejsce telefon od Piotrka, mojego kolegi (być może to ja do niego dzwoniłem – nie pamiętam). Piotrek swoją drogą założył mi bloga, jeździliśmy wspólnie na mecze Barcelony, wcześniej mieszkaliśmy obok siebie w Sopocie i mieliśmy wielu wspólnych znajomych. Ja byłem dla niego kolegą-barmanem, który robił najlepsze pod słońcem malinowe Mojito, on dla mnie boiskowym samolubem z ułożoną lewą nogą. Marzycielem, który zawsze chciał mieć firmę. Rozwijać biznes, który będzie jego dzieckiem.

Od słowa do słowa, firma, o której pierwszy raz słyszałem niespełna dwa lata wcześniej, zaczęła być w momencie naszej rozmowy biznesem, który pomału przynosił pierwsze przychody. Podczas gdy przez kilka miesięcy rozkręcał portal pracy dla programistów, ja wpadałem czasami do niego na chatkę, słuchałem o Software Housach, stawkach godzinowych programistów, którzy byli dla mnie wtedy po prostu informatykami i z młodzieńczą zajawką wysłuchiwałem opowieści, że to zawody przyszłości, a kiedyś to wszystko zagra i firma z siedziby na – o zgrozo, muszę to i ja napisać – gdańskim blokowisku na Żabiance zostanie miejscem pracy dla kilkuset osób. Chłonąłem wiedzę na temat nowej dla mnie krainy, mimowolnie, z meczem Barcelony w tle, słuchałem o tym wszystkim, co dziś… jest moim drugim światem. Światem, w którym zaczynam się coraz swobodniej poruszać.

Pierwotnie miałem pomóc. Uzupełnić. Zapchać dziurę, gdy ktoś nie będzie miał czasu. Zadzwonić, napisać maila, zerknąć na literówki w ogłoszeniu o pracę, zaproponować komuś bezpłatne opublikowanie oferty na portalu, którego nikt nie zna. Mówić o zaletach, uwypuklać plusy, podkreślać na każdym kroku trudności, z jakimi mierzą się inne firmy, które również szukają programistów. Wiecie, spece od IT to rozpasłe koty, które leżą na gorącym piecu z pełnym brzuchem. Nie chce im się schodzić do miski, do której ktoś nasypał suchej karmy niskiej jakości. To wszystko wtedy było dla mnie ekstremalnie nowe. Dziennikarze bowiem pchają się do roboty i marzą o tym, żeby pracować w dobrej telewizji czy w renomowanym portalu.

Ja przed przyjściem do Just Join IT byłem absolutnie jednowymiarowy. Po pracy w barmaństwie poszedłem w dziennikarstwo, skończyłem studia i zacząłem pisać o sporcie. Gdyby ktoś kazał mi jechać z kamerą pod Sejm, to pewnie bym się wygłupił. Gdybym miał zrobić materiał historyczny, to zajęłoby mi to 3298739 godzin. Ze sportem byłem jednak zawsze bardzo blisko związany, znałem wiele osób z tego środowiska, miałem już doświadczenie przed kamerą, zrobionych sporo wywiadów, znałem mistrzów świata i mistrzów olimpijskich. Kurde, czemu ja w ogóle poszedłem w kierunku jakiegoś tematu, który jest dla mnie kompletnie obcy? Dlatego, bo widziałem już wtedy na swojej drodze wielu kolegów, którzy przez całe życie pisali o tym, że Robert Lewandowski strzelił gola z główki i gdy ktoś ich wyrzucał z redakcji, to nie umieli pisać o niczym innym niż to, że Robert Lewandowski strzelił gola z główki. Byli jednopłaszczyznowi i mało elastyczni. Swoją pracę traktowali jako najważniejsze zajęcie na świecie, a przecież tak nie jest. Pisanie i gadanie o sporcie to przywilej, ale… to zabawa. Bez tego da się żyć. Już wtedy wiedziałem, że trzeba mieć alternatywę.

Po przepracowaniu kilku miesięcy w Just Join IT otworzyliśmy drugi portal – tym razem poświęcony marketingowi i nowoczesnej sprzedaży i tu już wraz dwiema osobami ciągnąłem za lejce. Znałem trochę ten świat od środka w przypadku JJ IT, wiedziałem mniej więcej, co zrobić, by pod szyldem Rocket Jobs zacząć szybko i skutecznie rozpychać się łokciami. W sierpniu tego roku nasze drugie dziecko skończyło 3 lata, zespół handlowy liczy już kilkadziesiąt ludzi. W całej spółce pracuje na ten moment blisko 150 osób. Ja jestem dinozaurem, gdyż równo cztery lata temu przychodziłem do organizacji jako czwarty. Jako ten, który musi przebujać się do marca, czyli do gali FEN 20 na warszawskim Torwarze.

Jak to wszystko godzę? Wstaję wcześniej, chodzę spać później, wolny weekend to dla mnie prezent pod choinką, a odpoczynek w Święta i brak obowiązków jest mi kompletnie obcy. Wolne w jednej pracy wykorzystuję na delegację w drugiej i na odwrót. Oddycham pełną piersią gdy tylko pojawi się ku temu okazja. Nigdy z tego powodu nie marudzę, bo przecież sam sobie piszę tę historię.

Czy żałuję dziś, że poza pisaniem tekstów na Infosport.pl i na blogu, poza ogarnianiem tematów w FEN i występami w telewizji, pracuję w portalu pracy z ogłoszeniami? Nie, jestem z tego cholernie dumny. Jeszcze przed chwilą uczyłem się tych wszystkich trudnych i obcych dla mnie pojęć, mój zakres pracy na komputerze obejmowało odpalenie Worda lub napisanie tekstu w WordPressie, dziś robię kompletnie co innego i jest to praca na cały etat. Zawodowe życie podzieliłem na dwie części: sport i nie sport. Doszedłem do momentu, w którym obie te profesje traktuje jednakowo poważnie.

Dziś tematyka zupełnia inna niż wszystkie, ale wyszedłem z założenia, że czasami fajnie jest skoczyć o kilka centymetrów w bok, by poruszyć niestandardową sprawę na blogu, który zwykle dotyczy boksu, MMA czy piłki nożnej. Słucham jednak regularnie sportowców, którzy często mówią o tym, jakie mają marzenia i gdzie chcieliby być za kilka lat, gdy ich kariera będzie przebiegać zgodnie z planem. Ja patrząc na to wszystko dziś w sposób krytyczny, wyważony i szalenie sprawiedliwy śmiało mogę powiedzieć, że cztery lata temu byłbym szaleńcem, gdybym w aktualny scenariusz był w stanie uwierzyć. Na szczęście posłuchałem intuicji, która tym razem mnie nie zawiodła.

KOMENTARZE