Oskar Piechota – jeden z najlepszych polskich zawodników mieszanych sztuk walki, zdaniem wielu nadzieja wagi średniej w prestiżowej federacji UFC. O tym, czy dostał propozycję z KSW i dlaczego cieszy się, że przed jego pojedynkiem nie odbywają się koncerty. Jak dogaduje się z dziewczyną, która jest jego trenerem od przygotowania motorycznego i co sądzi o krzykaczach, którzy robią zamieszanie podczas konferencji prasowych i ceremonii ważenia. Czy przeszkadza mu popularność i dlaczego nie zarywa nocek na oglądanie MMA.

Wywiad ukazał się pierwotnie na stronie www.laczynaspasja.pl i można go przeczytać również TUTAJ.

Najtrudniejszy moment przygotowań już za tobą. Chyba miałeś dużo pracy – zdzwanialiśmy się kilkukrotnie. Przed wywiadem biegałeś, zaraz masz kriokomorę, wieczorem kolejny trening. Ostatnie dwa tygodnie to już pewnie odpoczywanie i łapanie świeżości, a to wszystko w oczekiwaniu na nagrodę, czyli walkę.

Oskar Piechota: Dokładnie. Przygotowania zawsze kosztują sporo wysiłku, tym razem chyba więcej, niż miało to miejsce przed poprzednimi walkami. Zostało niewiele, nie mogę już doczekać się pojedynku. Zawsze tak jest, że zawodnik długo trenuje i przygotowuje się, czeka na walkę, by po niej móc chwilę odpocząć i zrelaksować się. Wtedy wszystko schodzi – zmęczenie, stres, ciężar na głowie, który mimo wszystko towarzyszy. Jest czas na trochę inne sprawy niż tylko trening.

Wy, zawodnicy z Gdyni, macie tak, że najpierw przez trzy dni po walce mówicie, że potrzebujecie trochę odpoczynku, a czwartego dnia idziecie na trening.

OP: (śmiech). Może faktycznie trochę tak jest. Po kilku dniach organizm domaga się tego, żeby pójść na trening i żeby wrócić do tego, co przez tak długi czas robiło się przygotowując do walki. Zmienia się myślenie. Już nie musisz, a możesz iść na trening, a to spora różnica. Robisz coś dobrowolnie, bo chcesz i możesz bawić się tym sportem, który tak bardzo lubisz. Nie zamierzam robić sobie kilkutygodniowych przerw od treningów.

Rozmawiamy chwilę i mam wrażenie, że jesteś spokojnym, grzecznym facetem. Wiele osób na twoim miejscu mogłoby zacząć gwiazdorzyć – walczysz w UFC, jesteś wciąż młody, niepokonany, wiele osób przewiduje ci świetlaną przyszłość. Ty tymczasem wyglądasz na gościa, który twardo stąpa po ziemi.

OP: Chyba tak, nie grozi mi sodówka, bo taki nie jestem. Ani w życiu, ani przed walką. Zdaję sobie sprawę z tego, jak wygląda dzisiejsze MMA i jak to wszystko funkcjonuje od środka. Kto budzi największe zainteresowanie kibiców, o kim się sporo mówi i dlaczego tak się dzieje. Wydaje mi się, że bardzo często krzyczenie podczas konferencji prasowych czy ceremonii ważenia, robienie show, nie przychodzi zawodnikom naturalnie. Trochę grają, gubią koncentrację, wybija ich to z rytmu.

Dorota Jurkowska, narzeczona Jana Błachowicza, powiedziała mi kiedyś, że chciałaby, aby Janek czasami zerwał ze swoim wizerunkiem grzecznego i ułożonego faceta. To wzbudziłoby nieco większe zainteresowanie jego osobą.

OP: Internet nie szuka jeńców. Nie czuję takiej potrzeby, by nagle się „rozkrzyczeć”. Może kiedyś mi się to zmieni? Nie wiem, nie mówię nie, ale na ten moment to byłoby zupełnie wbrew mojemu sposobie postrzegania tego sportu. Wychodzę z założenia, że najlepiej swoją wartość jest potwierdzać w klatce. To tam trzeba pokazać, jakim jest się mocnym i ile tak naprawdę się znaczy. Nie interesuje mnie błyszczenie w internecie czy na Youtube. Gdybym dziś chciał wywołać jakąś awanturę, sprowokować kłótnię czy co w tym stylu, to wyglądałoby to komicznie. Uwierz mi, że tak właśnie by było.

Nie jesteś ciekaw, jakbyś się zachował, gdyby ktoś ciebie zaczepił i próbował sprowokować?

OP: Jestem ciekaw, naprawdę. Nie wiem jakbym się zachował w takiej sytuacji. Zwykle trzymam nerwy na wodzy i jeszcze nikt nie próbował mnie zaczepić, ale wiadomo, że w takiej sytuacji działa się instynktownie i głowa może różnie zadziałać. Co do prowokowania, są dwie szkoły. Jedna mówi, że należy prowokować w celu wyprowadzenia z równowagi swojego rywala, druga, że nikt jeszcze podczas konferencji prasowej walki nie wygrał. Ja jestem zwolennikiem tej drugiej opcji. Zdecydowanie bardziej mi to odpowiada.

Powiedziałeś podczas jednego z wywiadów po meczu charytatywnym, że idąc z Michałem Materlą, to on był częściej proszony o wspólne zdjęcie z kibicami niż ty. Powiedz mi proszę Oskar, czy zawodnik UFC, niepokonany prospekt, który w światku MMA w naszym kraju jest bardzo ceniony, nie potrzebuje czasami większego zainteresowania swoją osobą? Lajków na Facebook’u, zapytań o wywiady, interakcji itp.?

OP: UFC nie jest w Polsce jeszcze tak popularne. Coraz więcej osób interesuje się amerykańską federacją, ale ktoś, kto nie śledzi tego na co dzień, nie do końca nas zna. Występujemy głównie poza Polską, walczymy w nocy, dopiero od jakiegoś czasu na Polsacie Sport. Nie mieliśmy kiedy zapoznać się z kibicami. Michał w MMA jest jednak bardzo długo, jest legendą tego sportu w naszym kraju, fanów ma naprawdę wielu. Ja wtedy powiedziałem lekko żartobliwie, że Michał zatrzymywał się do zdjęć, a ja po prostu stałem obok i ktoś do mnie również podszedł. Było jednak wielu kibiców, którzy interesowali się MMA, znali sporo faktów z mojej kariery, chcieli fajnie i merytorycznie porozmawiać. To bardzo miłe. Popularność jest w wielu przypadkach na pewno fajna, ale gdy ktoś już jest popularny i cały czas zaczepiają go ludzie, to zaczyna to przeszkadzać. Nawet ja czasami spotykałem się z sytuacją, że kibice chcą wejść na głowę i są po prostu niegrzeczni, nietaktowni. A co dopiero na ten temat powiedziałby Michał, który ode mnie jest dużo bardziej popularny i cieszy się większym zainteresowaniem? Nie mam zamiaru naprawdę z nikim rywalizować o takie względy. Nie biorę udziału w wyścigu na ilość lajków czy coś w ten deseń.

KSW otwarcie mówi, że interesuje się zawodnikami, którzy są ciekawymi osobami, z pomysłem prowadzą swoje media społecznościowe, mają kibiców, z którymi są w fajnych relacjach. Czy UFC do tej sprawy podchodzi podobnie?

OP: Ja się z czymś takim jeszcze nigdy nie spotkałem. UFC ma tyle dobrych, barwnych i promocyjnie dobrych zawodników, że nie przykłada do tego aż takiej wagi. Gdy ktoś wchodzi do TOP15, to wtedy samoistnie przybywa mu kibiców, którzy się kimś interesują. UFC do tego podchodzi inaczej i oni robią to świadomie. Zdają sobie sprawę z tego, że zawodnik stanie się popularny, jeżeli faktycznie będzie prezentował odpowiedni poziom sportowy. Trochę filozofię UFC pokazują nawet same gale. Nie ma przed walkami koncertów, nie ma występów, nie ma takiego show. Jest po prostu gala, na którą przychodzą fani interesujący się mieszanymi sztukami walki.

Tobie to odpowiada?

OP: Tak, dla mnie jako zawodnika jest to jak najbardziej w porządku. Wiem, o której mam walkę, wiem, po kim wychodzę do klatki i nie przeciągnie mi się to nagle tylko dlatego, że przedłużył się koncert. Nie ma dłuższych przerw na reklamę margaryny – śmieję się oczywiście.

https://twitter.com/ufc/status/965363901549301760

Czy można powiedzieć, że federacja UFC to jest idealne miejsce dla ciebie? Nie chodzi mi o sport – wiadomo, są najlepsi. Jeżeli chodzi o całą otoczkę, wartości, które federacja reprezentuje, podejście chociażby do tej promocji i oprawy gal, o których przed chwilą rozmawialiśmy.

OP: Na pewno tak. Nie mam żadnych zastrzeżeń do UFC. Naprawdę nie mam się do czego przyczepić. UFC można scharakteryzować jednym słowem – profesjonalizm. Mnie tak naprawdę nie interesuje nic poza walką. Pracuje przy tym mnóstwo ludzi, każdy wie, co ma robić. Organizują mnóstwo gal w ciągu roku i nie widać, by cokolwiek było przez nich zaniedbane. Kiedyś myślałem o tym, żeby odebrać rękawice, zorganizować sobie tejpy, pochłaniało mnie wiele tematów. W Gdańsku odbierałem rzeczy i pani zapytała, czy wszystko pasuje. Kazała mi przymierzyć ubrania i ewentualne poprawki zgłosić do krawca, który jest na miejscu i zaraz zająłby się kosmetyką spodenek czy koszulki. Zrobiło to na mnie spore wrażenie. Byłem debiutantem, a od razu poczułem duży szacunek do mojej osoby. Nie czułem się zaniedbany, wprost przeciwnie – sporo było osób, które pilnowało, aby niczego mi nie brakowało.

Nie żałowałeś trochę tego, że twój debiut odbywał się w Gdańsku? Niektórzy zawodnicy wolą jechać na koniec świata i tam występować.

OP: Nie, cieszyłem się, że po raz pierwszy w UFC wystąpię w Gdańsku. Na swojej ziemi, w miejscu, które dobrze znam. Cieszyłem się oczywiście ze względu na to, że będę miał sporo kibiców po swojej stronie. Nie musiałem borykać się ze zmianą czasu. Tak się mówi, ale to mimo wszystko jest przestawienie, które może mieć wpływ na końcowy wynik. UFC ponadto zwróciło uwagę na sprzedaż biletów w Gdańsku. Ile biletów zostało kupionych na danego zawodnika. Jeżeli ja jestem z Gdańska, to wszystkie bilety, które zostały kupione w tym mieście, były przypisane na mnie. Dla UFC był to oczywiście spory plus marketingowy. Ich nowy zawodnik ma swoich kibiców, dzięki czemu pomaga wypełnić halę.

Wiesz, ile to było biletów?

OP: Nie wiem dokładnie, jaka to była liczba, musiałbym zapytać Pawła Kowalika. Wiem natomiast, że w Gdańsku spośród polskich zawodników najwięcej ludzi kupiło bilety na mnie i Janka Błachowicza.

Czy dostałeś kiedyś propozycję z federacji KSW?

OP: Ja osobiście nigdy z nikim nie rozmawiałem na ten temat. Z Pawłem Kowalikiem rozmawiano, ale ja się o tym dowiedziałem dopiero później. To było jeszcze przed UFC, a ja walczyłem o pas w Cage Warriors i nie chciałem tej okazji zmarnować. Ponadto zawsze marzyłem o UFC, a wiem że byłem na bardzo dobrej drodze do tego, żeby faktycznie się tam dostać. Z KSW nie było żadnych poważnych rozmów. Bardziej luźna pogawędka, która od razu została sprawdzona do tego, że na razie nic w mojej karierze nie ulegnie zmianie i będzie tak, jak na tamten moment było.

Bardzo długo byłeś w cieniu swoich bardziej popularnych kolegów. Zawsze w takiej sytuacji istnieje ryzyko, że przegrywając nie w głośnych pojedynkach, ale tych mniej medialnych, zawodnik nie dostanie się do UFC. Jak przegrywać, to w wielkich walkach ze znaczącymi nazwiskami.

OP: Ja nigdy nie chciałem sztucznie nabijać sobie rekordu. Nigdy nie miałem ambicji, aby wygrać pięć walk ze średnimi zawodnikami i nabrać kogoś z UFC, że jestem wartościowy i warto na mnie postawić. Gdybym nie dawał rady na niższym poziomie, to nie widziałbym celu, aby iść do UFC i po dwóch czy trzech porażkach skończyć przygodę z amerykańską federacją. Dostawałem rywali mocnych, z walki na walkę coraz mocniejszych, dzięki czemu zainteresowało się mną UFC.

Czy wtedy, jako mistrz federacji Cage Warriors, myślałeś o KSW? Czy ze sportowego punktu widzenia byłby to wtedy dla ciebie skok jakościowy?

OP: Nie myślałem o tym w ten sposób. Zawsze marzyłem o dostaniu się do UFC i to stawiałem sobie za cel nadrzędny. KSW na pewno ma bardzo wysoki poziom sportowy, ale ten najwyższy jest w UFC. Torowałem sobie drogę do amerykańskiej federacji, tam chciałem się znaleźć. Nie widziałem innego scenariusza na swoją karierę.

Interesujesz się w ogóle MMA?

OP: Trochę się interesuję, siedzę w tym, czasami poczytam jakieś informacje, ale bardziej wtedy, gdy wyskoczą mi na Facebook’u. Nie zarywam nocek na gale UFC. Gdy walczą Polacy lub moi koledzy, to tak – oglądam, interesuje mnie to. Nie mam czasu jednak na to, żeby codziennie czytać na ten temat, bo mam mnóstwo swoich zajęć, sporo wyjazdów, ostatnio urodziło mi się drugie dziecko, więc naprawdę jest co robić.

Kiedy wyprowadzisz się z Trójmiasta i postanowisz trenować gdzie indziej? Asia Jędrzejczyk czy Marcin Tybura postawili wszystko na jedną kartę i trenują w Stanach Zjednoczonych.

OP: Nie chcę mówić jednego, by potem robić zupełnie odwrotnie, bo tak naprawdę nie wiem, co będzie za jakiś czas. Wyprowadzić bym się nie chciał, ale może wyjadę gdzieś za granicę na obóz przygotowawczy? Może po prostu na sparingi będę wyjeżdżał i tam przygotował się do kolejnych walk? Bardziej coś takiego mam na myśli, jeżeli już miałbym się stąd ruszać. Nie mogę narzekać jednak na warunki do treningu w moim klubie, bo jestem w stanie pod kątem technicznym przygotować się znakomicie do każdej walki.

Twoja partnerka jest trenerem od przygotowania merytorycznego. Jak wy się ze sobą dogadujecie na stopie zawodowej? Może inaczej – czy zawodnik UFC słucha trenerki, która z tak dobrym sportowcem nie miała jeszcze do czynienia?

OP: Współpraca układa się dobrze, choć ostatnio wspólnych treningów było mniej, a to wszystko przez ciążę, która siłą rzeczy trochę pewne sprawy wyhamowały. Dostawałem jednak rozpiskę i zadania wykonywałem. Po treningu zostawałem i pracowałem nad pewnymi partiami mięśniowymi. Mam do niej bezgraniczne zaufanie. Na pewno stara się mi pomóc. Po wynikach siłowych widzę, że praca nie idzie na marne, a wszystko zmierza we właściwym kierunku.

Chłopacy żartowali, że przychodzić z dziewczyną na trening?

OP: Nie, jak zaczęli robić te ćwiczenia ze mną, to nikomu nie było do śmiechu.

Ostatni rok w twoim wykonaniu jest bardzo udany. Myślisz, że za kilka lat ten moment w swoim życiu, w którym się obecnie znajdujesz, będziesz dobrze wspominał?

OP: Mam nadzieję, że będą inne, jeszcze bardziej udane momenty w moim życiu, do których po zakończeniu kariery będę mógł z przyjemnością wracać. Na pewno jednak dzieje się ostatnio dobrze – dostałem się do UFC, wygrałem dwie walki, zaraz toczę trzecią. Wspominam się po szczebelkach swojej kariery, idzie mi póki co nie najgorzej. Do tego rodzina, po raz drugi zostałem ojcem, to bardzo ważne, że nie ma żadnych problemów i wszystko idzie zgodnie z planem.

Mój kolega zapytał mnie przed tym wywiadem, czy wiem coś na temat twojej rodziny. Powiedziałem, że z tego co się przygotowałem wynika, że masz kochającą dziewczynę i dwójkę dzieci, wszystko idzie zgodnie z planem. Odparł, że w takim razie o twój sukces sportowy będzie dużo łatwiej. Wiele osób mówi, że poukładanie tematów rodzinnych może pomóc w osiągnięciu naprawdę wielkich rzeczy.

OP: Na pewno tak jest, że poukładane życie prywatne pozwala zachować spokój, który może pomóc w walce. Obowiązków obecnie jest więcej, bo doszło drugie dziecko, więc wiadomo, że pojawiło się trochę zamieszania i momentami jest ciężej, ale nie zamieniłbym tego na nic innego. Nieraz dzięki temu nie myślę o presji związanej z walką. Jestem w stanie wszystko pogodzić, ponieważ większość obowiązków związanych z dziećmi przejęła moja partnerka.

Na koniec – jak zdrowie i forma przed najbliższą walką? To już tuż-tuż – dokładnie 6 lipca.

OP: Czuję się dobrze, najmocniejsze przygotowania za mną. Nie miałem większych problemów poza rozcięciem na czole, którego nabawiłem się… podczas gry w piłkę. To było podczas tego meczu charytatywnego. Swoją drogą – fajny pomysł i super zabawa.

Czy Gerald Meerschaert to najmocniejszy rywal, z jakim kiedykolwiek się mierzyłeś? Patrząc na to, jak długo jest w tym sporcie, z kim walczył i kogo pokonał – chyba tak właśnie jest.

OP: Teoretycznie tak, bo patrząc na rankingi to jest najmocniejszym zawodnikiem, z jakim się mierzyłem jak do pory. Z drugiej jednak strony rankingi nie walczą, a lepszy zawodnik może mi bardziej pasować stylem i łatwiej będzie mi się z nim walczyło. Dla mnie to tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Wyjdę do klatki i będę chciał wygrać. Nie będę kalkulował ani wybierał sobie rywali, nie ja od tego jestem.

 

KOMENTARZE