Krzysztof Ignaczak. Siatkarski „emeryt”, który dostał propozycję, aby na parkiet wrócić. Mistrz świata, mistrz Europy, trzykrotny olimpijczyk, który ubolewa, że nigdy nie zdobył medalu na igrzyskach. O „życiu po życiu” i Raulu Lozano. O trudnych momentach i ambicji, która nie pozwoliła mu grać w siatkówkę w słabym klubie. Zapraszam!

 

Komentujesz mecze siatkówki, piszesz felietony, co jakiś czas można zobaczyć cię w telewizji. Masz co robić w „życiu po życiu”.

Krzysztof Ignaczak: Kończąc karierę sportowcowi bardzo często przychodzą myśli, że może jeszcze wrócić – ja przynajmniej tak miałem. Robiłem inne rzeczy jeszcze jako zawodnik i oswajałem się z myślą, że kiedyś kariera będzie musiała się skończyć.

Nie ciągnie cię do sportu?

KI: Ostatnio pojawiła się opcja wyjazdu zagranicznego, co nigdy wcześniej mi się nie przytrafiło. Dostałem propozycję, żebym dołączył do zespołu siatkarskiego Polonii Londyn. Kto wie, być może tak się zdarzy, że ściągnę buty z przysłowiowego kołka i do tego klubu dołączę. Nie wiem dokładnie, w jakiej jeszcze roli, bo to nie zostało z prezesem ustalone. Trzeba przewartościować wszystkie za i przeciw. Życie sportowca podlega pewnemu reżimowi i bardzo często jest ustawiane przez kogoś. Ktoś ci planuje trening, potem drugie zajęcia, w weekend jest mecz itp. Ktoś ci mówi, co masz robić, a ty po prostu wykonujesz swoje obowiązki. Przez to nie tylko sportowiec, ale i cała jego rodzina żyją według pewnego harmonogramu. Rzadko kiedy jest wolny weekend, często zawodnik jest poza domem. Przez ostatni rok podjąłem wraz z moją rodziną decyzję, by sprawdzić, jak żyje nam się według nieco innego scenariusza. Bez sportu, planowania, wyjazdów itp. Teraz trzeba będzie ułożyć plan na przyszłość. Czy brnąć w to, co było obecne w naszym życiu przez tak długi czas, czy zostać przy tym, co było ostatnio.

Powiedziałeś niedawno w jednym z wywiadów, że trudno było ci się przestawić na ten nowy sposób życia, w którym nie wszystko jest zaplanowane. Dalej tak masz?

KI: Tak jak powiedziałem – potrzebowałem czasu, żeby do tego się przyzwyczaić. Gdy grałem w siatkówkę, to spóźniając się na zbiórkę czy trening, dostałem telefon z zapytaniem, gdzie jestem. Teraz jestem panem swojego losu. Wszystko planuję samodzielnie. To jest trochę inne życie i trzeba było do tego przywyknąć. Ludzie myślą, że sportowiec po zakończeniu kariery będzie leżał na łóżku i odpoczywał. Trochę może i faktycznie poleży, ale potem przychodzi czas, w którym trzeba się czymś zająć. Znaleźć sobie zajęcie, by nie zwariować. Nagle ilość wolnego czasu zaczyna być tak duża, że zaczyna to przeszkadzać. Z nadmiaru obowiązków i zajęć jest przeskok o 180 stopni w drugą stronę. Cieszę się, że mogę więcej chwil poświęcić rodzinie, dzieciakom i obowiązkom domowym, na które wcześniej nie miałem czasu, ale to jest nowa sytuacja, z którą dopiero kończąc karierę się spotkałem.

Odnoszę wrażenie, że sportowcy dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza, to Andrzej Gołota, który nie umiał powiedzieć sobie „stop” i ciągle do sportu wracał, a druga, to Tomasz Majewski, który przechodząc na sportową emeryturę wiedział, że na pewno nie wróci. W której grupie ty jesteś?

KI: Nawet na poważnie nigdy nie myślałem, co bym zrobił, gdyby ktoś do mnie zadzwonił z konkretną propozycją. Trzeba byłoby rozpatrzeć wszystkie za i przeciw, bo to nie jest łatwa decyzja. Na pewno trudniej jest się rozstać z siatkówką, będąc tak jak ja, cały czas blisko tej dyscypliny sportu. Komentując mecze i kręcąc się cały czas w tym środowisku. Nie chciałem odchodzić do zespołu dużo słabszego, bo wtedy kłóciłoby się to z moimi życiowymi przekonaniami i ambicją. Dużo serca włożyłem w grę dla Resovii i nie chciałbym teraz zrobić kilku kroków w tył. Mogłoby to być postrzegane jako odcinanie kuponów lub coś takiego. Rok czasu pomógł mi spojrzeć na pewne sprawy z trochę innej strony. To okres, w którym mogę spróbować odnaleźć się w nowym świecie, robić co innego, może pomyśleć nad jakimś biznesem. Jestem charyzmatyczną osobą, która na pewno sobie w życiu poradzi – o to się nie boję. Nic nie wykluczam, ale też nic nie zakładam.

Ambicja nie pozwoliła ci grać w mniejszym zespole?

KI: Nie pozwoliła, nie umiałbym dać z siebie wtedy 100%. Gdybym miał walczyć ze swoim zespołem o dolne miejsca w tabeli, to na pewno nieczułbym się z tym dobrze. Jak to było w piosence: „Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. Mi ta sztuka się nie udała, bo w ostatnim sezonie Resovia zajęła drugie miejsce na koniec sezonu. Klub podjął decyzję o zmianach, postawił mnie niejako przed faktem dokonanym i efektem tego była decyzja o zakończeniu kariery.

Mam wrażenie, że nie do końca jesteś z tego powodu szczęśliwy.

KI: To nie tak. Decyzję po prostu trzeba było podjąć. Ocena, czy była to decyzja słuszna, czy też nie, przyjdzie z czasem. Gdyby mi urwało nogę i naprawdę nie mógłbym grać, to bym się nie zastanawiał. Ze sportem pożegnałem się jednak w momencie, w którym naprawdę mogłem grać jeszcze na wysokim poziomie. Stąd wątpliwości i różne myśli – raz bardziej skłaniające do tego, że decyzja jednak była słuszna, innym razem, że jednak można była niewłaściwa. Zabrzmi to teraz banalnie, ale życie pisze różne scenariusze. Wszystko się może wydarzyć i nie zawsze mamy na to wpływ. Ja nie myślę tylko i wyłącznie o sobie, ale też o mojej rodzinie. Każdą decyzję podejmujemy wspólnie. Gdy ktoś zadzwoni do mnie z jakąś ofertą, to nie przyjmę jej od razu, ale i jej od razu nie odrzucę. Poczekam, przemyślę. Pośpiech jest złym doradcą.

Ty podałeś fragment piosenki, to i ja zrobię to samo. Robert Korzeniowski, który zdobył złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Atenach w 2004 roku powiedział, że nie chce, żeby jemu śpiewano piosenkę z „Czterdziestolatka”. W Pekinie nie wystartował, a miałby właśnie 40 lat. Ty niedługo też będziesz miał cztery z przodu.

KI: Nie da się ukryć. Są tacy siatkarze, jak Tietiuchin czy Sergio, którzy są wybitnymi jednostkami i w wieku 42 lat potrafią grać na bardzo wysokim poziomie. Wiek nie jest już przeszkodą, jeśli chodzi o uprawianie sportu. Dzięki temu, że mamy taką opiekę medyczną, fizjoterapeutów, odżywki i inne sposoby tuningowania swojego organizmu, to łatwiej jest długo pozostać na pewnym poziomie. Sportowcy dziś dbają o swój organizm. Traktują go jak maszynę, która wymaga opieki i pielęgnacji. Świadomość, wiedza i profesjonalizm zawodników jest dziś na zdecydowanie wyższym poziomie, niż miało to miejsce jeszcze kilkanaście lat temu.

Jak twoja żona podchodzi do ewentualnego powrotu na boisko?

KI: Moja cała rodzina zawsze bardzo mnie wspierała. Póki co, nie ma żadnej propozycji, więc nie dyskutujmy na temat powrotu na boisku. Gdyby w razie wyszło coś – na przykład – z tym Londynem, to byłaby to prawdopodobnie krótka przygoda i pewnie wybralibyśmy się tam całą rodziną. Naszym miejscem na ziemi jest Rzeszów i finalnie na pewno byśmy wrócili właśnie do tego miasta. Gdyby jednak chodziło o dłuższy kontrakt i wyprowadzkę na stałe, to nie wiem jak to by się skończyło. To byłaby długa i poważna rozmowa i trudno mi przewidywać, na czym by się skończyło.

Łukasz Kadziewicz powiedział w 2006 roku, że gdyby w Japonii zdobył złoty, a nie srebrny medal mistrzostw świata, to odpaliłby cygaro, nalał sobie whiskey i śmiało mógłby powiedzieć, że zrobił wielką karierę. Ty, jako mistrz świata, tak mówisz?

KI: Wydaję mi się, że to ludzie muszą ocenić, czy moja kariera była wielka czy też nie. Na pewno czuję niedosyt, że nie udało mi się zdobyć ani jednego medalu na igrzyskach olimpijskich, mimo że aż trzykrotnie pojechałem na olimpiadę. Zostawiłem furtkę otwartą mojemu synowi, który może dokonać coś, czego nie udało się zrobić jego ojcu. Bardzo bym sobie tego życzył, żeby kiedyś przywiózł z igrzysk medal.

Nie jesteś przypadkiem za ambitny? Tego się fajnie słucha, ale czy to przypadkiem nie jest trochę na wyrost.

KI: Na pewno nie jest to zbyt duża ambicja, bo medal olimpijski dla wielu sportowców jest zdecydowanie bardziej cenny, niż ten zdobyty za mistrzostwo świata. Każdy marzy o przywiezieniu krążka z największej sportowej imprezy na świecie. Mnie się to nie udało. Mam medal za mistrzostwo świata, z czego bardzo się cieszę. Wszystkiego jednak zdobyć się nie udało. W pełni zadowolony być zatem nie mogę, choć zdaję sobie sprawę, że osiągnąłem w sporcie dużo.

A jak jest między siatkarzami? Miernikiem waszej klasy jest złoto olimpijskie czy te zdobyte na mistrzostwach świata?

KI: Każdy indywidualnie w głowie układa swoją hierarchię. W moim przekonaniu mistrz olimpijski jest nad mistrzem świata.

Kiedy medal olimpijski był najbliżej?

KI: Na pierwszych igrzyskach nie wiedzieliśmy jak grać. Dostaliśmy szybko w trąbę. Z Lozano pewnie pamiętasz – ten piąty, przegrany set z Włochami, który wyeliminował nas z turnieju. Gdyby nie to, weszlibyśmy do najlepszej czwórki i powalczyli o finał. Do Londynu natomiast jechaliśmy już jako faworyci. Chwilę wcześniej wygraliśmy Ligę Światową i oczekiwania wobec nas był spore. Niestety nie udało się, zawiedliśmy kibiców, musieliśmy przełknąć gorycz porażki. Australia po tamtym turnieju śniła nam się bardzo długo.

To był z pewnością moment trudny dla ciebie, ale powiedz, kiedy pojawił się moment najtrudniejszy. Chodzi mi o całą karierę.

KI: Z pewnością w 2006 roku, kiedy Raul Lozano nie powołał mnie na mistrzostwa świata. Wtedy w kadrze znajdowało się 12, a nie 14 siatkarzy, nie było dwóch libero – no ogólnie trudna dla mnie chwila. Razem z Piotrem Gackiem zasuwaliśmy na treningach, a ktoś musiał zostać w domu. Wcześniej byłem pierwszym libero w reprezentacji, więc bolało mnie to, że ktoś wskoczył przede mnie. Chłopacy zdobyli srebrny medal, a ja wszystko oglądałem w telewizorze. Bardzo chciałem do Japonii pojechać. Nie było mi to jednak dane i miałem depresję. Pomogła mi żona i trener Castellani, dzięki którym wróciłem na właściwe tory, bo już chciałem kończyć z siatkówką. Nie widziałem w tym sensu. Pomogli mi jednak z tego wyjść i przywrócić wiarę we własne umiejętności. Dzięki nim podniosłem się. Po roku wróciłem do reprezentacji i znowu wywalczyłem sobie pozycję pierwszego libero.

igla

Zawsze miałeś w sobie sporo klasy. Rywalizowałeś z Piotrem, ale nigdy nie było między z wami złej krwi.

KI: My na treningu rywalizowaliśmy ze sobą o to, który będzie pierwszym wyborem trenera i pojedzie na wielki turniej, ale prywatnie byliśmy kumplami i chodziliśmy razem na piwo. Potrafiliśmy oddzielić sport od życia prywatnego. Każdy z nas miał świadomość tego, że musimy przekonać trenera do swoich umiejętności. Sportowcy dzięki rywalizacji są w stanie wskoczyć na wyższy poziom. Wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności. My motywowaliśmy się nawzajem i to również wpływało dobrze na całą drużynę. Był taki moment, że z Piotrkiem zamiast piłki widzieliśmy lecącą głowę Raula Lozano. Argentyńczyk nas motywował i chciał, żeby wszystko wyglądało perfekcyjnie. Każdy z nas chciał być idealny, a tak się nie da.

Lozano ruszył siatkówkę w naszym kraju?

KI: Jak najbardziej. Moim zdaniem on pokazał Polakom, że siatkówka to jest grą systemów. Grą statystyk, matematyki, wykresów. Współpraca pomiędzy blokiem, a obroną i wiele rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy świadomości. My, jako Polacy, mieliśmy bardzo dobrych trenerów. Pod względem wyszkolenia poszczególnych zawodników również byliśmy w światowej czołówce. Nigdy natomiast nie graliśmy jako drużyna. Nie potrafiliśmy tego przełożyć na parkiet i tworzyć kolektywu. O różnych boiskowych zależnościach i detalach nie mieliśmy pojęcia, a najlepsi na świecie już dawno to stosowali. W momencie, gdy nasza siatkówka zaczęła wprowadzać nowe elementy, momentalnie poszliśmy do góry. Masz efekty – wicemistrzostwo świata, mistrzostwo Europy, Liga Światowa, mistrzostwo świata. Potencjał ludzki był zawsze, ale potrzeba było to umiejętnie poukładać.

Tak jak mówisz – co trener, to sukces.

KI: Tak, ale obawiam się z kolei, że to poszło w drugą stronę. Chodzi o edukację. Za bardzo zachłysnęliśmy się zachodem i zaniedbaliśmy polski system szkolenia. Moim zdaniem, moda z zagranicy miała dobry wpływ na naszą seniorską siatkówkę i bardzo dobrze, że te elementy są wprowadzane. Jeśli chodzi o młodzież, to wychowywanie nastoletnich zawodników wyglądało dobrze w naszym kraju. Nie wymagało to zmian.

W miejscu Lozano inny trener osiągnąłby sukces?

KI: Trudno jednoznacznie stwierdzić. Biorąc pod uwagę, że wszyscy trenerzy z zachodu mają bardzo podobne warsztaty, to jestem w stanie powiedzieć, że tak. Jest szansa, że kto inny przyszedłby i mówiąc, jak należy pracować i co należy robić, również mógłby osiągnąć z reprezentacją sukces. Trzeba przyznać, że Lozano miał nieustępliwy charakter małego Napoleona-zamordysty, choć całkiem możliwe, że to było potrzebne Polakom w tamtym momencie i działało na jego korzyść. Pomogło odnieść sukces.

Kilka miesięcy temu rozmawiałem z Waldemarem Wspaniałym, który powiedział, że jest za tym, aby Lozano już nie prowadził nigdy reprezentacji Polski. Chodzi o jego charakter i to, że trudno jest się z nim dogadać.

KI: Całkiem możliwe, że jego charakter przekładał się również na negocjacje. Na pewno to był gość, który nie lubił sprzeciwów. Uwielbiał rządzić masami i nie dopuszczał do siebie informacji, że coś może zostać wykonane inaczej. Dyskusja na temat dnia wolnego, czy choćby tego, że chcemy gdzieś wyjść, mimo że wcześniej było ustalone inaczej, nie miała żadnego sensu.

Opowiesz na koniec jakąś anegdotkę z nim związaną?

KI: Kiedyś Lozano zabrał nas do Argentyny i spóźniliśmy się na samolot. Raul użył wszystkich swoich mocy, żebyśmy mimo wszystko nie jechali autobusem, bo mieliśmy do pokonania około 500 kilometrów. Zorganizował awionetkę, do której my baliśmy się wsiąść, bo delikatnie rzecz ujmując, nie wyglądała ona zbyt dobrze i istniało ryzyko, że nie doleci na miejsce. Poszedł więc na lotnisku po browary i każdemu rozdał po jednym, żebyśmy przed lotem złapali trochę luzu.

I nikomu nic się nie stało.

KI: (śmiech) Jak widzisz.

Sukces reprezentacji Polski w kolejnych latach, to melodia przyszłości czy marzenie ściętej głowy?

KI: Jeżeli zawodnicy będą zdrowi i kadrowo reprezentacja będzie wyglądała optymalnie, to stawiam wszystkie swoje pieniądze, że zdobędziemy medal na mistrzostwach Europy. Zdrowie, ciężka praca i może trochę szczęścia. Myślę, że będzie dobrze.

puchar

KOMENTARZE